Monte Katar… Carlo znaczy
Kiedy dziennikarze na wizji zaczynają rozprawiać o sobie, nieomylny to znak, że sięgnęli bruku. To bardzo częste zjawisko i nie chodzi wcale o chamskie podawanie ilości widzów Wiadomości w Wiadomościach, tylko o to że przekaziory żyją własnym życiem i ze światem realnym coraz mniej mają wspólnego.
Zawód dziennikarza wiekowy, więc różne dolegliwości mogą na starość wychodzić. Blogerka natomiast na fali jest od niedawna ale – jak widać – łapie ją ta sama kiła co tradycyjną żurnalistykę. Jeśli już wszyscy poodmieniali Katarynę przez przypadki, każdy pryncypialnie potępił parówkowych skrytożerców, przenieśmy się nad morze gdzie miały miejsce wypadki coroczne.
Wiadomo, że nikt bogatym nie zazdrości. Bogaci to ludzie zestresowani, niegrzeczni dla prostego człowieka, rozwodzą się i nie dbają o dzieci, które w wieku nastoletnim popadają w depresję i sięgają po narkotyki. Nikt nie chce jechać na wakacje do San Remo, popłynąć żaglówką na Bora-Bora, czy choćby iść do porządniejszego niż zwykle go-go. Podobnie rzecz się miała z niedzielnym GP Monaco. Przecież nikt specjalnie nie będzie się podniecał jachtem Abramowicza zaparkowanym przy pierze nr 19549 obok jachtu 50Centa (jachtu Raikkonena nie było, bo taką na nim ostatnio wyprawił imprezkę, że łajba poszła na dno, dosłownie znaczy), nawet okiem nikt nie rzuci na Alessandrę Ambrosio czy rumuńską tenisitkę z problemem anatomicznym pochyloną nad balustradką VIPowskiej loży, a Amber Fashion Show obejrzą tylko fotoreporterzy i projektanci-pederaści.
Tagi: f1, Monaco