Any way the wind blows
Jest to angielski tytuł, belgijskiego filmu, który “na polski” został przetłumaczony jako: “Z piątku na sobotę”. O skrajnym braku wyobraźni ludzi odpowiedizalnych za tłumaczenie obcobrzmiących filmów na Nasz język ojczysty, nie ma się co rozpisywać. Jest to osobny temat na wpisza. A więc, wygrzebałem dość orginalny obraz z 2003 roku w reżyserii Tom’a Barman’a (wcześniej znałem go jako wokalistę i kompozytora kapeli dEUS, którą bardzo lubię). Dlatego takie zainteresowanie. Wiele już było fimów o samotności, beznadziei, marzeniach i upadkach, miłości i narkotykach. Można powiedzieć banały. Cóż, to problemy wspłczesnej cywilizacji: braku akceptacji, wyjałowienia z ideałów, niejasnych celów, pustyni duchowej, niedojrzałości społecznej. Pamiętacie Human Traffic, o wiele bardziej ostrerzjszy angielski trip?
Historia Antwerpskim (cóż za zdjęcia!) wiatrem spowita, opowiada o 8 ludziach, ich marzenaich o innym życiu, w jednym upalnym dniu czerwca. Jest jeszcze ktoś, duch miasta, widzący to co niezauważalne, snujący się ponad chodnikami, Windman, starający się wszystkim pomóc. Jednak, by pomagać innym, trzeba najpierw potrafić pomóc samemu sobie. Fabuła obfituje w szereg metafizycznych obrazów, nie do końca zrozumianłych, w połowie niedokończonych (motyw z koniem oraz fenomenalną sekwencją, kiedy jeden z bohaterów idzie za swoją sekreterką). Luźno splecione wątki doprowadzają nas do zawiązania ich na jednaj wspólnej imprezie, spotkaniu ludzi by poczuć spełnienie. Warto wspomniec o muzyce, którą obraz jest bogato opakowany. Any way … to jeden z tych filmów, które się kocha albo nienawidzi, w zależności od aktualnego nastroju widza.
Tagi: deus, film, wind