Wirtualna Polska przedstawiła kilka dni temu ciekawe fotostory z jeszcze ciekawszym opisem. Pan Leszek Bilenda z jakiegoś Duposzczekowa [nieważne] dostał od znajomego szczeniaka kota afrykańskiego. Zawsze marzył o wiewiórce kanadyjskiej, ale darowanemu zwierzęciu w zęby nie patrzymy. Pokochał go chwilę po tym. Banał nadający się do szemranych rozmówek w sklepie zoologicznym.
Byłoby tak gdyby nie eurofaszyzm wspierany oddolną inicjatywą czyli bojówkami o Prawa Zwierząt. Działacze w brunatnych i zielonych koszulach złożyli donos na pana Leszka do odpowiedniej komórki Komisarzy Ludowych. Ponoć nie wolno trzymać dzikich zwierząt w ogródku /też jestem kryminalistą – Dzik/. Mogą za to gnieździć się w licencjonowanych ogrodach zoologicznych. Pan Leszek by wybrnąć z opresji założył CYRK jednoosobowy by móc dalej w mroku Lewa [prawa?] trzymać u siebie lwa. Niby wszystko dobrze się skończyło, ale jak długo jeszcze okupant będzie pozwalał na wykorzystywanie luk w opresyjnym prawie?
Opowiem Wam dzisiaj drogie Dzieci o cyrku. Kiedyś, panie, to były cyrki. taki na przykład balszoj przyjeżdżał z Moskwy. Międzynarodowa obsada to jest po jednym reprezentancie z każdego Baraku i 30 z Sowietów. Mieli tresowane foki, 18 lwów, puszkina, basen z zylionem litrów słonej wody i wielorybem na smyczy a przynajmniej Orką, trupę żonglerów, “kobiety gumy” szt. 4. Wypas.
Dzisiaj cyrki to biznesiki rodzinne, namiot niewiele większy od 5 osobówki z tropikiem. Dziecko moje koniecznie chciało iść do cyrku. Trochę to rozumiem. Pamiętam z dzieciństwa zapach zdeptanej trawy z kurzem z klepiska jakie powstaje w miejscu postawienia namiotu. Zapachy to najsilniejsze wspominacze.
Zacznę trochę wulgarnie “Ja pierdolę!” [wymóg chwili]. Ja pierdolę co za nędza. Już przy wejściu kasjerka nacięła mnie na 10 zł dopłaty do loży. Loża to zielone krzesełka plastikowe przy scenie a nieloża to białe. Konferansjer-klown-żongler-ukrainiec-treser [z tych ról co pamiętam] najebany jak perszing albo SU27. Trochę nim zarzucało jeszcze przy pierwszym numerze ale później wytrzeźwiał.
Jak cyrk to trzeba kupić popcorn, picie [co z zbieg okoliczności] i migające diody. Przy stoisku 2 kózki w wieku about 18l, może mniej. One zatańczyły ten numer Krystyny Agilery “Mule Róż” dość nieporadnie ale seksownie. Ciekawe co na to urząd do spraw pedofilii i w ogóle pornografii. 5 letnia dzieciarnia nie wyraziła jakiegoś specjalnego zachwytu nad tym wypinaniem młodych dupalków za to dało się zauważyć, że żony walą z łokcia mężusiów.
Tia, co tam dalej. Wzmiankowane kózki w następnych pokazach właziły na jakieś koła i liny pod sufit namiotu. Zanotowałem, że bez asekuracji. Pewnie taka stalowa linka droga jest. Grałem w pasjansa w telefonie i kątem oka radowałem się na widok mojej pociechy zapatrzonej w te akrobacje. Martwiło mnie jak wytłumaczę dziecku zejście panny akrobatki [akrobatka, striptizerka, żonglerka, królewna śnieżka, treserka, sprzedawczyni waty cukrowej, sprzedawczyni popcornu] gdy jej się coś omsknie i przypierniczy głową w scenę z 5 metrów.
I natenczas [nie, nie Wojski] tylko Ona Akrobatka mnie ujęła tymi wygibasami.
Nie, żeby coś w tym było poza taką dziecinną pasją. To jest bardzo ulotne i śliskie tak, że wymyka się słowom. Zastanawiam się co sprawia wybór drogi życiowej. Zdolna dziewczyna zamiast zostać neurochirurgiem czy kimś takim budzącym respekt prymitywów, ćwiczy wygibasy zamiast siedzieć z koleżankami i plotkować o tym co będzie w szkole w poniedziałek. Decyduje lub ktoś za nią ustala dalszą drogę życiową. Wałęsanie się po miastach w których psy dupami szczekają jak Tarnowskie Góry. Występy dla przedszkolaków, którym pokazuje sztuczki z pudlami, wisi gdzieś pod sufitem lub prezentuje giętkość ciała polegającą na wąchaniu własnego tyłka.