Samodzielnie uratuję Drogę Mleczną!

luty 27, 2010 | Piana 7 Komentarze/y | Kategoria: Akcje, Ludzie, Osobiste

Jestem zdeklarowanym wegetarianinem – to znaczy nie jem mięsa tak pomiędzy 10 w nocy a szóstą rano. No, chyba że trafi się wesele lub balanga całonocna – wówczas daję sobie dyspensę i cnoty nie tracę. Ha! Swoim bohaterskim, pro-ekologicznym działaniem, jako prawdziwy pionier i awangarda ludzkości („Wyklęty powstań ludu Ziemi!”) przeciwdziałam nadciągającej zagładzie Drogi Mlecznej, która już za chwileczkę, już za momencik (pewnie za kilka lub kilkadziesiąt miliardów lat) zostanie wchłonięta przez jedną z perfidnych Czarnych Dziur. Proszę zatem o odznaczenie za mój bohaterski czyn (abym się wnukom mógł pochwalić, jak mój śp. Dziadek, co to w Batalionach Chłopskich walczył) i dotację – konto podam zainteresowanym.

Ktoś powie, że to bzdura i bredzę. Bzdury? Brednie? Skoro tak, to co powiedzieć o telewizyjnych aŁtorytetach popierających idiotyczną (to najdelikatniejsze określenie, jakie odnajduję) akcję „Godzina dla Ziemi” (brzmi to prawie jak „Godzilla dla Ziemi” – kolejna ambitna produkcja japońskiej kinematografii), to dlaczego, ja nie mogę urządzać własnej – ratując Drogę Mleczną? No właśnie dlaczego?

Krąży opinia, iż współczesny świat chodzi na psy i że mężczyzn już nie ma. Coś w tym jest. Wszystkie akcje typu dzień ziemi, dzień bez samochodu, dzień bez (za przeproszeniem) pierdzenia, godzina bez światła, minuta bez oddychania sprawiają dziwne znajome wrażenie i efekt tych wszystkich śmieszno-żałosnych akcji jest z góry wiadomy do przewidzenia. Posłużę się cytatem z klasycznego wiersza, bo już zostało to lepiej spuentowane.

„No, ale cóż, kiedy ryby
Działały tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak”.

Teraz będzie na poważnie.

Wyłączyć światło na godzinę? Dlaczego tylko na godzinę i tylko światło? Bądź twardzielem – eko-matole i wykręć wszystkie żarówki! Sprzedaj lodówkę, komputer i sprzęt audio-video. Uważasz, że za dużo jest ludzi na świecie, grozi nam przeludnienie i dlatego trzeba zabijać nienarodzone dzieci i niedołężnych starców? Daj przykład debilu i sam się powieś na gałęzi. Nie będę za tobą płakać. Dzień bez samochodu? Tylko dzień? Miej jaja mega-mózgu i oddaj auto na złom. Bujaj się głąbie w śmierdzących i brudnych autobusach, czy też niedogrzanych lub rozgrzanych niczym piec (Dżem po głowie krąży) trzydziestoletnich pociągach.

Te akcje to coś jak orkiestra Owsiaka. Dasz pięć złotych jeden z drugim i już czujesz się lepiej. Przylepisz sobie baranie na czole nalepkę i już masz zaliczona charytatywność na cały rok. Czujesz się lepiej, jesteś trendi-dżezi-kul i o to tobie chodzi. Gówno prawda – życie to nie akcje ogłoszone przez media, to zwykła szara codzienność, gdzie nikt tobie nie mówi co masz robić. I pewnie nie wiesz co masz ze sobą zrobić? Użyj tego, co masz pod czaszką, to naprawdę nie boli.

Tagi:

Było brać przykład z Hitlera

luty 27, 2010 | Piana Brak Komentarzy | Kategoria: Polityka

Swego czasu socjalista narodowy Adolf Hitler zablokował nadanie okrętowi imienia „Deutschland”. Miał rację obawiając się negatywnego wydźwięku propagandowego, jaki by powstał gdyby „Niemcy” poszły na dno. Noooo… same by nie poszły, ale zostały przypadkiem zatopione przez wrogie siły, co to nie do końca były przekonane o wyjątkowej misji Tysiącletniej Rzeszy.

Mądrości sprzed ponadpółwiecza zabrakło niestety współczesnym macherom prasowym, co to nazwali swego czasu dziennik papierowy tytułem „Polska”. Konkretnie „Polska. The Times”. Mieszanka absurdalno-wybuchowa. Coś jakby „Pcim Dolny. Nju Jork Tajms”. Śmieszne? Raczej żałosne.

Nie kupuję tego tytułu, bo już lepiej przepić pieniądze (przy okazji pełnię misję dziejową odwlekając w czasie bankructwo Polskiej Socjalistycznej Republiki Europejskiej). Czytuję jednak wszystko, co wpadnie pod rękę, także „Świat Seriali”, „Galę”, czy też „Głos Zabrza i Rudy Śląskiej”. Tak więc stało się – dorwałem numer „Polski De Tajms” z środy, 17-go lutego 2010.

Jakiś pismak, którego nazwiska dobrze wychowany człowiek nie powinien pamiętać, napisał wstępniaka w którym charakteryzował senatora Romaszewskiego. Oczywiście przy tym wychwalał go pod niebiosa, bo nie dał sobą pomiatać znanemu miłośnikowi kotów i dzielnie bronił innego zasłużonego senatora, co to lubi paradować w damskich ciuszkach i wciągać kokę (a który facet nie lubi, no przyznać się!).

Nie obyło się oczywiście przy tym bez łyżki dziegciu, jak w klasycznej samokrytyce na zebraniu Komsomołu. Pozwolę sobie zacytować ten fragment z pamięci, gdyż na stronie internetowej to usunęli (wcale się nie dziwię). Zarzut brzmi to mniej więcej tak „[Romaszewski] swoimi nieprzejednanymi sądami zrażał zwolenników centryzmu”.

No kurde Eureka! (jakby powiedział Ferdek Kiepski). Czy redaktor to idiota, czy po prostu już mu za przeproszeniem mózg mu wyprało? Ludzie dawniej mieli poglądy, aby je wyrażać, dyskutować, walczyć na argumenty. Najwidoczniej jednak miłość do post-polityki powoduje iż pismak (jak to mawia młodzież) „bredzi jak potrzepany”.

Ciekawe kiedy przeczytamy w tym szmatławcu następującą frazę „Benedykt XVI swoimi poglądami na życie i współczesny świat zraził do siebie pederastów, aborcjonistów, feministki, trockistów…” (chciałoby się dopisać „i resztę mend”). No, kiedy?

Odłożyłem gazetę ciesząc się w głębi, że w chwili pomroczności jasnej nie wydałem na nią ani złotówki. To było pierwszy raz i obiecuję zatem więcej już nie pisać o tym szmatławcu – nie warto. Tytuł gazety jest tak wymowny i tak współgra z jego poziomem, iż obejdzie się bez mojego dodatkowego komentarza. Niechaj zatem zdycha „Polska”. „Polska De Tajms”.

Tagi:

Gra o pietruszkę / Strzał w stopę

luty 21, 2010 | Piana 6 Komentarze/y | Kategoria: Ludzie, Polityka

Wybory dopiero jesienią, śniegu za oknami całe mnóstwo, ale serca już gorące, do walki same się rwą. Pytam się tylko – po co?

Dla obudzonych ze snu zimowego przypominam, iż od pierwszego grudnia obowiązuje Traktat Lizboński, co w praktyce zmienił III RP w Polską Socjalistyczną Republikę Europejską ze wszelakimi tego konsekwencjami. Przypominam, iż idol „lemingów”, czyli nasz wiecznie uśmiechnięty Ryży Donek (znany tez jako „Słońce Peru”) w przypływie szczerości przyznał, iż tego traktatu nie czytał. Wdzięczna ludność polskojęzyczna westchnęła z zachwytu – „nasz chłop, nam też tego by się nie chciało czytać”.

Sprawa jest prosta – decyduje Bruksela (w praktyce Niemcy jako główny sponsor), a wy możecie zająć się co najwyżej zmiataniem/odśnieżaniem chodników. Zastanówmy się, co by było gdyby świeży, niedawno wybrany prezydent zechciał zrobić coś, co by godziło w „interesy europejskie”. Niech no który prezio fiknie i zablokuje… tfu, spróbuje zablokować najmniejszą unijną dyrektywę, to już go urządzą jak załatwiono „Słońce Karpat”, co to nie chciał poczuć „wiatru zmian” o którym śpiewali podtatusiali rockmani z zespołu Scorpions. (Dla młodych, wykształconych, z dużych miast przypominam, iż został on zamordowany sądownie na polecenie własnych kumpli). Ceausescu, co by jednak o nim nie mówić, potrafił się przeciwstawić Sowietom. No, który z dzisiejszych mężyków stanu choćby zabierze głos zanim nie dostanie sms-a z wykładnią mądrości etapu?

Tyle wstępu, teraz moja opinia o dwóch kandydatach na kandydata. Otóż, przewodnia siła narodu, to jest Polska Zjednoczona Platforma Obywatelska tuż przed wyborami sama strzela sobie w stopę wystawiając dwie marionetki – Komorowskiego i Sikorskiego.

Pokazywali niedawno żonę Komorowskiego. Zanim napiszę dalej, muszę się wytłumaczyć. Wiem, że to niezbyt elegancko mówić o czyimś wyglądzie (sam ideałem męskiej urody nie jestem), ale skoro poseł-błazen Palikot może, a różnej maści mendy uważające się za „inteligentów” i „elitę” cmokają z zachwytu, to czemu ja nie mogę czegoś w tym stylu napisać? Kto dziś jeszcze pamięta uwagi o urodzie Anny Fotygi w „mainstreamowych” mediach? Wytłumaczyłem się, więc jedźmy dalej. Otóż, żona marszałka Komorowskiego, wygląda jak nie przymierzając wieloryb, co to go Polsat wypatrzył na Bałtyku podczas sezonu ogórkowego AD 2007. Czy teraz wszelkie Gale i Vivy, co cmokały nad „Bezą” Kwaśniewską, zlustrują urodę, elegancję i obycie na salonach kandydatki na nowy wzorzec Matyki Polki?

Sam zaś Komorowski w swojej długoletniej karierze zapisał jednym, jedynym sukcesem, a mianowicie wierszem, dzięki któremu przeszedł do panteonu wieszczy III RP zaraz obok Jacka Łągwy (autor tekstów piosenek grupy Ich Troje). Brzmi on tak: „Lech Wałęsa zuch, starczy na tych dwóch”. Innych jego osiągnięć nie pamiętają nawet najstarsi Kaszubi. Przyznaję się, że choć sam potrafię pisać wierszem, to do pięt nie dorastam talentowi i pracowitości marszałka Komorowskiego i muszę nisko pochylić swoje czoło.

Co się tyczy Sikorskiego, to co prawda on z tych już nie młodych, ale za to wykształconych i z dużych miast. Ponoć są na niego haki. Być może, ale na kogo nie ma? Mnie interesuje inna rzecz – czy miał bliższe kontakty z wywiadem brytyjskim? Jeśli miał, to ten fakt na dzień dobry dyskwalifikuje go jako polityka niezależnego. Niby to oczywiste, ale z drugiej strony tylu już było agentów (TW) rządzących nad Wisłą… Stanisław August Poniatowski, Józef Piłsudski, Bolesław Bierut, Wojciech Jaruzelski, Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski. Jeszcze jeden delikwent w tym gronie spokojnie się zmieści.

Zagadką może też być jego żona. Mieliśmy już w historii władców z importu (lepszych i gorszych). Żony królów także bywały cudzoziemkami. Jak one wpływały na bieg historii, to temat na szersze opracowanie. Na pewno jednak miały. Czy zatem Ann Applebaum nie będzie szyją i kręcić głową męża, jak przystało na prawdziwą żonę? Słynna przecież jest jej obrona znanego pedofila-celebryty Polańskiego/Lieblinga (przedstawię ją w skrócie – „jeśli siedziałeś w getcie jako dziecko i zabito ci żonę, to możesz teraz bezkarnie posuwać w dupę nieletnie”). Czy to ze względu na znajomość czy też wspólne „korzenie”? Cholera go wie. I to jest druga duża zagadka przy kandydaturze „Radka” Sikorskiego. Tak jeszcze w temacie, to czemu on się nie przedstawia jako „Radzio”? Wówczas byłby bardziej trendi-dżezi-kul i pasowałoby do jego poziomu. O słynnych znajomościach Sikorskiego i obyciu na zachodnich salonach przez delikatność nie wspominam, bo można je skwitować jednym stwierdzeniem – śmiechu warte.

Być może jednak w tym szaleństwie jest metoda? Desygnując dwie miernoty na reprezentacyjne stanowisko zapewne oczekuje się, iż w przypadku przełomowych wydarzeń na pewno skorzystają z okazji i będą siedzieć cicho.

Tagi: , , ,

Vancouver na politycznie

luty 14, 2010 | Piana 4 Komentarze/y | Kategoria: Polityka, Sport

Hen za wielką wodą, w mieście Vancouver zebrała się masa luda, aby tam kicać, zjeżdżać i śmigać po lodzie. Jak ktoś to lubi, to w porządku. Mnie oglądanie sportu w telewizorni emocjonuje podobnie jak obserwowanie trawy, gdy rośnie. Ja jednak chciałbym uderzyć z innej, politycznej nuty.

Najtęższe mózgi świata zastanawiają się, dlaczego Barack Hussein Obama nie pojawił się na ceremonii otwarcia, znaczy się na szoł . Mam swoją teorię. Podejrzewam, że dlatego, iż zbyt mało było tam było czarnoskórych amerykańskich sportowców. Dlaczego jednak ich tam tak mało? Hm… może frakcja zbrojna Ku-Klux-Klanu napadła na nich? Zaraz, zaraz… takie praktyki (eliminowanie przeciwnej drużyny sportowców przy użyciu kałachów) to zwyczaje rodem z Afryki, gdzie przecież serce i dusza świeżo upieczonego zdobywcy pokojowego Nobla („tam skarb twój, gdzie serce twoje”) .

W każdym bądź razie Ostatnia Nadzieja Ameryki nie pojawiła się na trybunie. Nie było go także wśród maszerujących, machających i uśmiechniętych sportowców. To już jest zupełnie niezrozumiałe. Przecież ma szanse na medal w każdej niemal dyscyplinie. Za co? Za dobre chęci (to wiadomo nie od dziś) i za to, że nie jest z klanu Buszów. No i tak na zachętę. Jak nie przymierzając puchar dla siostrzeńca działacza z filmu „Miś”.

Ktoś się zapyta – na jakiej podstawie? Za co dostał Nobla? Że niby czarna wersja Matki Teresy z Kalkuty? Wolne żarty. W każdym razie traci „Czarny Tusk” traci szanse na kolejne, tym razem sportowe, trofea do swojej kolekcji. Ciekawe jak on to przeżyje, bo następną okazję na zdobycie trofeum będzie miał dopiero za trzy tygodnie, na gali rozdania Oskarów.

Tagi: , , ,

“A ja się nie dziwię się”

luty 6, 2010 | Piana 2 Komentarze/y | Kategoria: Polityka

„Dochodzą do mnie głosy, że posłowie zajmują się prywatnymi sprawami, że afery robią i kłócą się na okrągło. A ja się nie dziwię się” – tak zapewne powiedziałby znany polityk z Białegostoku. Bo cóż oni mają tam robić? Nie dość, że budynek okrągły (nie ma kantów), to jeszcze przy ulicy Wiejskiej. Nie po to my się tu z prowincji sprowadzili, aby znowu na wieś trafić!

Tak na serio jednak pisząc, to niestety, ale nie możemy od posłów zbyt wiele wymagać. Dlaczegóż to? – zapyta jeden mądrala z drugim. Z prostej przyczyny – ponieważ nie stawia się przed nimi konkretnych zadań. Stąd też efekty – człowiek się nudzi i katastrofa gotowa. Przeanalizujmy sytuację – do czego są oni zobowiązani? Kto chce, to może rzucić okiem na „Ustawę o wykonywaniu mandatu posła i senatora”. Ja osobiście nie polecam, bo to jeden wielki bełkot, z którego nic konkretnego nie wynika.

Postanowiłem jednak zatrzymać się przy jednym z punktów ustawy. Otóż każdy poseł/senator jest zobowiązany do złożenia przysięgi w następującym kształcie:

„Uroczyście ślubuję rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności i interesów Państwa, czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej Polskiej”.

Powróćmy na lekcje języka polskiego i jak za dawnych lat przeanalizujmy co autor miał na myśli. Rozwałkujmy ciasto.

„Uroczyście ślubuję rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu”. Jakie obowiązki? Kto je określił? Jakiego Narodu? Czy Autor nie dopisał celowo? Jeśli tak, to mamy pierwszy pusty frazes.

Dalej. „Strzec suwerenności i interesów Państwa”. Strzec suwerenności? W takim razie należałoby 3 / 4 lub więcej posłów wsadzić do pierdla za krzywoprzysięstwo. Kto głosował za przyjęciem „Lizbony”? No, kto? Krasnoludki? Proszę nie wmawiać, iż „Lizbona” zwiększa suwerenność, bo dział bajek znajduje się tuż obok (jak w starym dowcipie o książce „Mężczyzna – pan domu”).

Dalej. „Interesy Państwa”? Nie przypadkiem Narodu? Różnica bardzo poważna. Państwo jest, albo go nie ma (i w sumie nic się wielkiego nie dzieje). Każdy przyzna, iż trwanie I RP w agonii nie miało najmniejszego sensu. Właśnie, podkreślmy, interesy Państwa. Państwo, jak powszechnie wiadomo, to pasożyt, co żeruje na obywatelach, zabiera im pieniądze, gnębi poddanych bez najmniejszej odpowiedzialności za wzięte na własne barki obowiązki. Posłowie zatem dbają o interesy pasożyta, któremu zależy aby się jak najbardziej rozrastał i pożerał kolejne pieniądze.

„Czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny i dobra obywateli”. Ojczyzny? Jakiej Ojczyzny? Ojczyzną proletariuszy był przecież Związek Radziecki, a w ławach sejmowych siedzi sporo sierot po przestępczej organizacji Nowotki, Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego. Co z nimi? Czy dalej śpiewają po pijaku „Sziroka strana maja radnaja”?

Druga część jest znacznie ciekawsza. „Dobra obywateli” – w jego świetle Rychu, Zbychu i Miro są całkowicie kryci, usprawiedliwieni i czyści jak łza. Czy Ryszard Sobiesiak nie jest obywatelem, he? Jak najbardziej, przecież to istna śmietanka byłej III RP. Pytanie „co to pomyślność?” można sobie darować, ewentualnie posłużyć się hasłem z minionej epoki – aby ludziom żyło się dostatnio (współcześnie „aby żyło się lepiej”).

Idźmy dalej – „przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej Polskiej”. Moment – w Konstytucji mamy zapisaną możliwość zrzeczenia się praw na organizacje (artykuł 90, punkt 1). Tak więc mamy sprzeczność – strzeżenie suwerenności i przestrzeganie konstytucji. Szanowni posłowie (widać to z ich twarzy) nie zaprzątają sobie zbytnio tym głów, bo wokół tyle ważniejszych spraw i lodów do kręcenia. Potwierdza to tezę, iż tzw. „konstytucja III RP” to martwy kawałek papieru. Poza tym nawet dziecko wie, iż unijne prawo jest bardziej wartościowe niż prawo tubylcze.

„Innych praw”? Czy chodzi o niepisaną konstytucję (o której pisze Michalkiewicz), czyli „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”? Ja nie znam „innych praw”. No, chyba że chodzi o prawo dżungli lub prawo Ohma.

Zróbmy z tego przysięgę odpowiadającą rzeczywistości. Brzmiałaby ona tak: „Uroczyście ślubuję rzetelnie i sumiennie coś tam robić albo i nie, strzec albo i nie jakiejś suwerenności i czyjś interesów, czynić wszystko dla pomyślności i dobra niektórych obywateli, przestrzegać niepisanych praw i ugadanych dilów”. Teraz to można oficjalnie klepnąć.

Posłowie pobożni mogą na końcu dodać frazę „Tak mi dopomóż Bóg”, ale lepiej jej nie dodawać. Po pierwsze – II przykazanie, a poza tym nie mieszajmy Boga do szemranych interesów w prowincjonalnej Polskiej Socjalistycznej Republiki Europejskiej, która dodatkowo nie zauważa, że świat idzie do przodu, bo jest ślepo zapatrzona jest towarzyszy-europejczyków.

PS. Źle się dzieje w państwie wpiszowym. 7 zupełnie odleciał. Gdzie się podziały jego dawne celne teksty? Ja wiem, że po latach może wiele rzeczy się znudzić, ale jeszcze tyle rzeczy do odkrycia…

Wiem, że nic nie wiem (ostrzeżenie!)

styczeń 28, 2010 | Piana 7 Komentarze/y | Kategoria: Polityka

Dziś w samo południe, czyli dokładnie o godzinie jedenastej, pół-gołąb zatoczył pół-okrąg nad Pułtuskiem. Tym swoim bohaterskim czynem uczcić zapragnął bohaterską decyzję jaśnie pana premiera Polskiej Socjalistycznej Republiki Europejskiej. Cały świat zastygł w bezruchu, światowe giełdy wstrzymały oddech, talibowie zaprzestali ataków na ludowo-wyzwoleńcze wojska NATO, a niejedna prządka w Łodzi zemdlała z wrażenia.

Opozycja coś bełkocze o strachu przed komisją hazardową. Czego się bać? Mając media w ręku i oddanych agitatorów można „tym biednym ludziom” (jak mawiał aŁtorytet Lis) wszystko wmówić. Tymczasem na Czerskiej jak zwykle bredzą jak potrzepani (jak mawia dzisiejsza młodzież), że to niby wicie, rozumiecie, Pan Premier działa samodzielnie i perspektywicznie i ma przed sobą cele dalsze niż cała reszta hołot… to znaczy oczywiście politycznej opozycji. Widać jednak, że agenci prowadzący dziś wyjątkowo kiepsko przygotowali wykładnię mądrości etapu, bo nawet dziecko wie, że owe wyjaśnienia nie są warte nawet bajtów zajętych na dysku.

Przeanalizujmy to… Że niby decyzja była „samodzielna” i „perspektywicznie”? No, przyznać się uczciwie – kto takowe decyzje Rudego kiedykolwiek spotkał? Z tego co na mieście mówią, to najbardziej perspektywiczną decyzją Donalda było kupno Polsatu Cyfrowego z abonamentem na rok. Co się tyczy zaś samodzielności, to ponoć samodzielnie ustala skład swojej drużyny piłkarskiej (bo rządu już nie).

Co to wszystko oznacza? Tylko tyle, że nic nie wiemy (my, jako lud pracujący miast i wsi). Ci, którzy coś więcej wiedzą nie pchają się przed mikrofony i słowem nie pisną. Po co ja to piszę? Żeby ostrzec wszystkich – przełączcie kanał telewizyjny/radiowy gdy tylko zaczną mówić cokolwiek o decyzji Tuska – będą to same bzdury.

Tagi: , , , ,

Pomóżmy biednym scenarzystom

styczeń 23, 2010 | Piana 2 Komentarze/y | Kategoria: Kultura, Ludzie, historia

Kilka wpisów temu zapodałem klimat filmowo – serialowy. Napisałem wówczas, iż kręci się wyłącznie produkcje pokazujące kapusiów jako ludzi o szlachetnych sercach, bez nędznych pobudek i zimnych kalkulacji. Po prostu chodzące ideały, którym zły los podstawił nogę i teraz pokutują nie mogąc spojrzeć w lustro.

Jak wspomniałem też, nie powstanie zapewne nigdy film pokazujący krzywdę ludzi gnojonych, wyrzucanych z pracy dzięki uprzejmym donosom. Nie zobaczymy nigdy prawdy. Kasa, wczasy w Bułgarii, mieszkanie, samochód dla TW. 90% kapusiów robiło to dla wspomnianych korzyści, mało który donosił na siłę. Z niewolnika nie ma pracownika, kapusia tez nie. Ci, na których donoszono, mogli jedynie cieszyć się, że żyją, ale tego na ekranie nie ma i nigdy nie będzie.

Zauważam jednak, że filmów fałszujących przeszłość jest jednak zdecydowanie za mało i sam postanowiłem nieco dopomóc scenarzystom, co to ich żadna muza nie odwiedza. Brakuje ci weny i cierpisz na niemoc twórczą? Oto trzy scenariusze dla ciebie.

Scenariusz numer jeden. Lata osiemdziesiąte, uniwersytet na przykład w Białymstoku (Krzysztof Kononowicz mógłby grać rolę rektora). Dwóch świeżo upieczonych doktorantów ubiega się o względy pięknej studentki. Podczas jednego ze spotkań towarzyskich dochodzi między nimi do sprzeczki o kierunki filozoficzne w Starożytności. Jeden z nich opowiada się
po stronie epikureizmu, drugi jest zawziętym zwolennikiem stoicyzmu. Piękna studentka wysłuchuje się debacie i w końcu wybiera zdeklarowanego stoika. Epikurejczyk ze złamanym sercem zgłasza się do SB, gdzie w rozpaczy pragnie pomścić odrzucenie i zniewagę. Dzięki informacjom TW wyrzucają stoika z uczelni i musi on mieszkać w hotelu robotniczym, pić wódkę i malować kominy. Dawny przyjaciel odbija mu też dziewczynę, robi karierę, zostaje profesorem i aŁtorytetm moralnym. Po latach spotykają się przypadkowo na ulicy i oczywiście padają sobie w objęcia. Cieszą się ze spotkania i klną jak szewc na chorych z nienawiści mianaków szukających wszędzie TW i oszołomów mieszających w szambie przeszłości. Idą razem na piwo, a wraz z nimi obecna żona profesora. Sielanka, idylla. Koniec filmu.

Scenariusz numer dwa. Początek lat siedemdziesiątych. Miejsce dowolne. Początkująca księgowa zostaje wrobiona w przekręt przez zazdrosne o urodę starsze koleżanki. Ultimatum SB – albo donosisz na męża (znanego wichrzyciela i opozycjonistę) albo do pierdla. Załamana dziewczyna poddaje się i kapuje na małżonka – oczywiście wybierając (jak zresztą każdy kapuś) informacje mało istotne, które z pewnością nikomu nie szkodzą – jak zapewne każda informacja przekazywana do SB. Trwa to dość długo, aż pierwsza komuna pada, wraca szczęście. Jak łatwo się domyślać – szczęście psują siepacze z IPN ujawniając przeszłość. Końcowa scena – główny bohater (ten, na którego donoszono) kładzie na stole „Gazetę Wyborczą” (która właśnie czytał), pluje na esbeckie akta, przytula płaczącą żonę i cedzi między zębami słowa „Na pohybel młodym gnojkom z IPeeNu”. Koniec filmu.

Scenariusz numer trzy. Luźna historia o pracownikach SB. Ukazani są oni jak normalni ludzie, pełni ciepła, dowcipu, otwarci na świat. Może nawet trochę humorystycznie, coś jak Niemcy w „Allo, Allo”. W tle romanse, imprezy, normalne życie w PeeReLu. W prywatnych rozmowach tajniacy przyznają, że Michnik to jednak ma łeb, a Geremek to światowy człowiek. No i że za jakiś czas będą musieli oddać władzę, bo racja jest po stronie opozycji. a Oni w Sb pracują oczywiście tylko po to, aby jej to ułatwić i żeby nikomu przypadkiem nie stała się żadna krzywda. Koniec filmu to migawki ze spotkania po piętnastu latach, kiedy to podczas imprezy u jednego z bohaterów zebrani tam esbecy cieszą się na wieść o wynikach wyborów z 4.VI.1989.

Tagi: , , ,

Gdzie oni są? Gdzie wszyscy nasi przyjaciele ele-ele-ele-ele?

styczeń 23, 2010 | Piana 4 Komentarze/y | Kategoria: Polityka, Świat

Badera bohaterem narodowym Ukrainy dekretem Juszczenki. Kim był Bandera, to chyba nie muszę przypominać. Tymczasem polskojęzyczni politycy nabrali wody w usta, bo co mogą mądrego powiedzieć? Chyba nikt im nie wysłał sms-a z mądrością etapu.

Czy na przełomie 2004/2005 III RP nie miała wywiadu? Czy nie płaciła grubej kasy na różnej maści instytuty? Halo! Czy oni coś wyprodukowali jakąkolwiek analizę na temat kto stoi za Juszczenką? I że nie są to kółka różańcowe i zapaleni numizmatycy. Ktoś Juszczenkę wprowadził na salony władzy i jedynie idiota nie wiedział, że cała tzw. „rewolucja pomarańczowa” to zwykła kłótnia w rodzinie, coś w stylu mini-zamachu stanu.

Załóżmy wersję optymistyczną, że to zauważono (wystarczyło poczytać trochę ichniejszych gazet) i odpowiedni raport dostarczony został. Co zrobili politycy? Rudy Donald nie przeczytał Traktatu Lizbońskiego przed podpisaniem. Dlaczego więc pozostali gracze mieliby cokolwiek czytać i jeszcze coś z tego zrozumieć? Woleli polecieć jak jeden mąż do Kijowa, stać na wiecach i grzać swoją sławę w blasku fleszy. Co teraz powiecie nędzni mężykowie stanu? „Zatkało kakao” jak mawiali bohaterowie „Kiepskich”. No, panowie Kwaśniewski, Wałęsa, L. Kaczyński, Komorowski! Dajcie głos! Czy usłyszę „hau, hau”? Nie wspominam o różnej maści „celebrytach”, co to wówczas zgłaszali swoje poparcie, bo kto na poważnie słucha mało śmiesznych klaunów?

To wszystko pokazuje miernotę intelektualną upadłych polskojęzycznych grup wzajemnej adoracji, zwanych „elitami”. Intryguje mnie jednak sposób działania polityków (będących członami owych „elit”) i jest jedna teoria. Nie napiszę tutaj nic nowego, bo ciężko jest ponownie odkryć proch. Tak tylko dla przypomnienia dwa słowa. Logiczne wytłumaczenia są następujące (odpowiedź prawidłowa może być jedna lub wszystkie):
- Politycy są krótkowzroczni, działają dla poklasku bez odrobiny strategii
- Politycy to zwykli idioci
- Politycy to agenci, działający na sygnały z zagranicy (lub wewnętrznych sił nacisku)

Jak wygląda prawda, nie wiem – jestem tylko skromnym gryziklawiaturkiem, gdzie mi tam do szczytów tzw. władzy. Mogę tylko usiąść z boku, otworzyć butelkę piwa, włączyć ulubioną muzykę i pomyśleć w duchu „Oby tak dalej panowie, prowadźcie Polską Socjalistyczną Republikę Europejską ku świetlanej przyszłości i światowej potędze. W końcu cel jest tuż za rogiem.”

Tagi: , ,

Nowa misja cywilizacji zachodniej

styczeń 17, 2010 | Piana 28 Komentarze/y | Kategoria: Ludzie, Świat

Na mieście powiadają iż ponoć w trakcie seansu “Avatara” w Jueseju widzowie biją brawo człekokształtnym Smerfom, co to z Ziemianami walczą w imię matki Natury i tego typu bzdur. Nie sprawdzałem oczywiście tego (bajki o Smerfach przestały mnie bawić jakiś czas temu, a efekty trzyde na mnie nie działają – zamiast głębi widzę rozmazany obraz). Jestem jednak w stanie w to uwierzyć. Warto przypomnieć sobie białych studentów (białych chyba tylko z koloru skóry, a nie ze sposobu myślenia) bijących brawo znanemu preziowi-zbokowi, Clintonowi, gdy on powiedział że niedługo Biali będą w Juesej mniejszością.

Dygresja. W Polskiej Socjalistycznej Republice Europejskiej nie lepiej. Swego czasu niejaka Hubnerowa powiedziała, że polski interes narodowy jest trudny do zdefiniowania. Wdzięczni mieszkańcy dużej wsi pod Ciechanowem (Warszawa zginęła w 1944), czyli creme de la creme ludności nadwiślańskiej prawie jednomyślnie podarowała jej fuchę w Brukseli. Koniec dygresji.

Cywilizacja zachodnia, europejska (ogólnie, nie wdawajmy się w szczegóły) rozkwitła dlatego, że była ekspansywna. Ekspansywna i atrakcyjna. Warto oczywiście przypomnieć, iż ówcześni konkwistadorzy, odkrywcy, zdobywcy nie byli aniołami, a w działaniu nie przypominali uczennic przedwojennego gimnazjum dla dobrze urodzonych dziewcząt. Z pewnością nieraz zachowywali się nie do końca w porządku, ale czy obecnie mamy same dobre dusze na świecie?

Reasumując – trzeba iść do przodu, a nie stać w miejscu, bo kto stoi ten się cofa. Nie tylko w życiu firm, organizacji, ale również narodów i cywilizacji. takie jest już życie i już. Cywilizacje, które przestały wierzyć we własną siłę, wyjątkowość i pierwszeństwo przed innymi (postmodernizm zrobił dużą rozpierduchę w umysłach) muszą upaść.

Co ma do zaoferowania cywilizacja zachodnia? Demokrację jako sposób sprawowania rządów? Bez żartów – demokracja od biedy działa w bogatych zachodnich społeczeństwach. Po „zainstalowaniu” na każdym z etapów światowego tournee (np. Afganistan) pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Co jeszcze? Technologia – owszem, ale Chińczycy już to oferują taniej (wkrótce nas dogonią), a przy okazji nie marudzą (nasuwa się tu raczej mocniejsze określenie) o prawach człowieka. Nawet dawne „brzemię białego człowieka”, który miał nieść kaganek cywilizacji do innych narodów zostało zduszone (choć w wielu krajach afrykańskich należałoby zrobić porządek). Został jeszcze styl życia, koka-kola, holiłód. Tylko to wszystko jest świadectwem mijającej świetności, nie ma nic nowego. Cywilizacja zachodnia skupia się obecnie na walce ze samą sobą i chrześcijaństwem, a misję widzi zapewnieniu każdemu prawa do zabicia nienarodzonego dziecka, legalizacji pederastii i „małżeństw” w wersji homo. Super, wszystkie narody świata powitają taką ofertę z otwartymi ramionami.

Tagi: ,

Prawda czasu, a prawda ekranu

styczeń 16, 2010 | Piana 12 Komentarze/y | Kategoria: Kultura, Ludzie, historia

Czas bardzo szybko leci. Minęło już ponad dwadzieścia lat od kantów przy okrągłym stole i słynnych wyborów. Należę do ostatniego pokolenia, które dość dobrze pamięta PRL, a dokładnie jego schyłkowy okres – lata osiemdziesiąte.

Pamiętam, iż wówczas z duma umieściłem dużą naklejkę „Solidarności” na swoim klaserze. I ten dzień, jak z razem z moją Matką wykreślaliśmy komuchów w kosmos podczas pamiętnych wyborów. Cudowny dzień. Później już było tylko gorzej.

Co dziś porabiają zatem ludzie, którzy wówczas, na przełomie lat osiemdziesiątych / dziewięćdziesiątych uwierzyli, że to nie szoł, że to tak naprawdę, że my jako pierwsi, jako jedyni, wyjątkowi. Świat ponoć patrzył na nas z nadzieją, Jak oni pamiętają to? Czy starają się zapomnieć o tym, pomstują na cały świat, a może nie dopuszczają do siebie tego faktu, zatykają uszy i krzyczą „Wcale, że nie! Wcale, że nie!”. Nie wiem tego, ale tematyka jest ciekawa – może ktoś robi/robił na ten temat badania.

Mnie interesuje jednak jak na to patrzą i będą patrzeć młodsze pokolenia z „polskojęzycznej grupy etnicznej” (narodu polskiego już dawno nie ma)? Kto im powie o tym? Czy rodzice będą w stanie powiedzieć „Synku, córko. Komuchy i bezpieka do spółki z częścią solidaruchów wydymali nas bez masła”. Czy dzieci uwierzą w to? Przecież obecni idole młodzieży, takie jak mało śmieszny błazen Wojewódzki im tego nie powie… W telewizji też tego nie ma, bo tam wszyscy piękni, młodzi i bogaci, a nawet dziecko wie, że ogólnie musi być trendi-dżezi-kul.

Dygresja. Nigdzie na murach nie widzę napisów „telewizja kłamie”. Czyżby „młodzież” wierzyła w wizję świata w wersji „instant” podawaną bezpośrednio do mózgów poprzez plazmy i elcedeki? Gdzie zdrowe odruchy? Za okupacji na murach pisano „Tylko świnie siedzą w kinie”. Czy hasło „Telewizja śmierdzi gnojem” się przyjmie? Koniec dygresji.

Jak zatem będzie wyglądała wizja tamtych lat w kinematografii? Próbę tego można było całkiem niedawno zobaczyć w bardzo mało śmiesznej komedii „Ile waży koń trojański”. Jednym słowem jest super, wszystko nam się udało i w ogóle. Jemy suszi, więc my światowce pełną gębą. No wicie, rozumicie… były tam po drodze drobne pomyłki, ale kto ich nie popełnia. Ogólnie jednak pełny sukces.

Kolejna dygresja. Gdyby nie telewizornia, to o czym wówczas będziemy rozmawiać z rodziną z Częstochowy gdy się spotkamy? Na spotkaniach towarzyskich nie rozmawia się zazwyczaj o wątkach eschatologicznych w literaturze dwudziestolecia międzywojennego. Koniec kolejnej dygresji.

Jakiś czas temu pisałem, że nie powstał w ostatnim dwudziestoleciu film o polskim super-bohaterze, coś na kształt Franka Dolasa czy Hansa Klossa. Po prostu posucha. Założę się, że prędko nie powstanie. Dołożę zatem do stawki kolejny zakład. Nie powstanie jeszcze jedna rzecz – film niekomediowy o schyłkowym PRL-u.

Chodzi mi o serial o zwykłym, codziennym życiu, coś na kształt „Teraz albo nigdy” dwadzieścia pięć lat do tyłu. W końcu serial TVN opowiada o zwykłych, typowych trzydziestoparolatkach mieszkających w dużej wsi pod Ciechanowem (Warszawa zginęła w 1944), co nie?

Chodzi mi o taki serial bliski prawdy, z kartkami, biedą w sklepach, szarymi ulicami i beznadzieją. No i żeby kapusie to byli kapusie i aby pokazano wreszcie sprawy od strony pokrzywdzonego, a nie wylewali krokodylich łez nad szmatami i ich usprawiedliwiali, jak to robi współczesna kinematografia.

Mamy co prawda jeden piękny wzorzec – mianowicie serial „Alternatywy 4”. Film prawie dokumentalny, ale ze względu na zbyt dużą ilość absurdów i sytuacji komediowych (plus świetna obsada) nie może pokazywać rzeczywistości. Zresztą czy ktoś mi zagwarantuje, iż za jakiś czas „Ministerstwo Prawdy” nie ocenzuruje go? W końcu występuje tam „Negatyw”, który jest wykorzystywany i obrażany. Co gorsza podana jest tam informacja, iż „Syjoniści biją Murzynów”. Czy ktoś słyszał, aby człowiek na poziomie używał słowa „syjonizm”? Słowniczek-pomocniczek – mówimy obecnie jedynie „prawo do samostanowienie „narodu” żydowskiego” (w cudzysłowie, bo przychylam się do koncepcji, że to cywilizacja, a nie naród).

Za jakiś czas umrą (nie dziś i nie jutro oczywiście) ostatni świadkowie PRL-u. Przyszłym pokoleniom zostaną kroniki filmowe, napisane na nowo podręczniki historii (nie będzie tam miejsca na warchołów, wichrzycieli i oszołomów, o nie!) i filmy utrwalające jedynie słuszną koncepcję.

W tym potoku pesymizmu pozwolę sobie jednak na odrobinę nadziei. Może trzeba opracować na nowo pismo obrazkowe i kuć tabliczki, jak to robili pomysłowi Starożytni. Papier wypłowieje lub się spali, kompakty i diwidiki szlag trafi, a cały sprzęt elektroniczny może paść przy większym impulsie ze Słońca. Tabliczki zostaną i takimi nas będą pamiętać przyszłe stulecia. Do roboty zatem.

Tagi: , , , ,
... free counters