Egzamin
Byc moze. Chcialbym jednak poznac pytania jakie na tym egzaminie padly.
Byc moze. Chcialbym jednak poznac pytania jakie na tym egzaminie padly.
zastanawiam sie cz i jakie sa ustalone, miedzynarodowe procedury w przypadku takiej katastrofy. czy samolot prezydencki powinien byc traktowany jak ambasada, exterytorialnie? czy rola gospodarza nie powinna ograniczyc sie do akcji ratowniczej i zabezpieczajacej. czy sledztwa nie powinni prowadzic przedstawiciele panstwa z ktorego prezydent pochodzi, z ewentualnym, kurtuazyjnym dopuszczeniem gospodarzy w roli obserwatorow? a moze powinna wykonywac to niezalezna komisja, kto wie, ONZ?
wyobrazcie sobie krakse samolotu izraelskiego premiera w polsce… kto przeprowadzalby dochodzenie?
na marginesie, samolot wedlug najnowszych informacji NIE podchodzil do ladowania czterokrotnie, nie bylo tez wady mechanicznej ani braku naprowadzania z wiezy. kto wiec zaczal plotke o czterokrotnych probach? kto tez zawyrokowal, ze to prezydent zmusil pilotow do ladowania? czy osoba powtarzajaca to moze liczyc na poblazliwosc, czy jest to zwykla kontynuacja nagonki i szamba (a moze przygotowywanie alibi)?
panuje tez jakas dziwna cenzura, informacje o nadzwyczajnym zebraniu rady NATO w zwiazku z tragedia pojawily sie na 5 minut… i znikly. sam sledze stacje od francuskich przez usa, po niemieckie, sa pelne wspolczucia (u niemcow tez czuje sie radosc, bo w koncu katyn podpieto pod ruskich)… ale w polskich mediach nic ponad lzy niedzwiadka nie widzialem. czy smutek zachodu jest mniej wazny?
zupelnie na marginesie marginesu. poszukiwanie konspiracyjnych watkow nie jest li tylko nasza domena. KAZDA osoba skladajaca mi kondolencje (od tajow, singapurczykow, filipinczykow do francuzow i niemcow) pytala sie natychmiast czy zrobili to ruscy. niezaleznie od tego, ze znalezienie winnego jest rodzajem zadoscuczynienia, gdyz trudo pogodzic sie ze slepym losem, faktem jest, ze Prezydent zostal zamordowany przez politykow i media na dlugo przed jego tragiczna smiercia. nasza swiadomosc tego, jak bardzo oni tego pragneli sklania do poszukiwania drugiego dna.
to czy bylo czy nie jest niewazne, postkomunistyczne kanalie wymodlily ta smierc, ich zyczenia i marzenia sie w koncu spelnily.
Tagi: katyn 2010slowa dwa kupa mieci. zreszta, sami popatrzcie:
http://events.apple.com.edgesuite.net/1001q3f8hhr/event/index.html
Tagi: jabluszko pelne snowKto by sie spodziewal, ze James Cameron wroci z przedwczesnej acz zasluzonej emerytury by sie bawic… Smurfami. To znaczy, w teorii przynajmniej, zamiast siebie powinien on bawic nas. Ale, zacznijmy od ab ova.
Cameron, miewal lepiej i gorzej. To znaczy, uwazal, ze jest lepszy niz krytykow i aktorow opinia o nim. Wedlug mnie mial momenty geniuszu, szczegolnie gdy zaczynal. Po czym mial Tytanika i uznal, ze wypada mu zatonac wraz z nim.
Mezczyzne poznaje sie po tym jak… milczy. Osobiscie bylem zadowolony z istniejacego stanu rzeczy, boc filmow na T ogladac nie musze, ale Abyssa odpalam raz na pare lat. Z niezmienna radoscia. I dobrze sobie o ich tworcy mysle… lalem. Do wczoraj.
Bo oto wrocil, z dzielem co garsciami z doswiadczen ze wszystkiego co sam i jego koledzy ponakrecali. Nawet z Rokiego Balboły korzysta. Dlaczego z niego? Bo film ten, ktory pozyczylem legalnie by sie z wybotoksowanej kukły posmiac, zaskoczyl wszystkich oczekujacych ciagu dalszego. Regula schylkowosci i mialkosci sie go nie dotyczy, jest bowiem dokladnie taki sam jak pierwszy! (jesli lubiliscie oryginal, polubicie i final – i odwrotnie). Cameron postanowil zrobic zupelnie to samo. By nie wypasc blado w porownaniu do wlasnej legendy o samym sobie, pan ow skradl disnejowi najlepszy scenariusz wszechczasow (Pokahontasa), zalozyl na kamere filtr niebieski, by wszyscy wygladali jak Smurfy, wmontowal porzniete na kawalki sceny z Alienow i okrasil to piesnia radosna w stylu Celiny Dion, ktorej to serce szlo i szlo i szlo. Na samo dno.
Mialem nazwac ten wpis “Smerfy w Kosmosie”, lecz zbyt sie kojarzy z mapetowskimi swiniami, w kosmosie rowniez. A te smieszne byly. Tymczasem Awatar ani do smiechu ani do lez. Nie mozna powiedziec, ze postacie sa jednowymiarowe, bo film jest w 3D, jednakowoz, jak greccy aktorzy oddaja wiernie tylko dwa stany ducha. Taka Smurfohontas, naga dziewica z lukiem i jedna strzala (wielokrotnego uzytku, bo to film ekologiczny jest). Jak nie szczeka, to sie mizdrzy. I to wszystko. Nawet migren nie miewa. Jesli czytacie to bez uniesionych brwi, ze o tej nagosci jednym slowem wspomnialem tylko, to ja sie wam dziwie. Napisalem wszak: NAGA. I co? Nic? Ano niestety wlasnie. Naga Smurfohontas ma w sobie tyle seksapilu co cala reszta smerfetek z zaczarowanego lasu. Czyli dokladnie tyle ile ma go w sobie stado zyraf. Teraz mozecie czytac dalej. Bialy zdobywca Kosmosu, bez nog ale z Smurfowatarem, potrafi byc albo glupi, albo szalony. Szef najemnikow potrafi byc albo pieszo, albo w helikopterze. Ripley sie raz smieje a raz jara szlugi (wyraznie na cos wkurzona). Jak zwykle zreszta w sposob pozbawiony krzty kobiecosci obu sztuk dokonuje. Kazdy aktor wypada tak przekonywujaco jak tanczacy tango Arnold, ale to bylo lata temu cale w True Lies, wiec sie nie liczy. Arnold z pewnoscia wypadlby zupelnie niezle na tle calej tej cepeliady na niebiesko. Nawet brat Phoebe (z Friendow), co w sumie komediantem jest, wypadl mialko. No, ale jemu nie dano tak skomplikowanej roli jak pozostalym. On mial do odegrania role ksiegowego, wiec przez caly film robil mine jakby cytryne ssal. I tak dalej, i tak dalej…
Sam scenariusz tez nie lepszy. Bialy Zdobywca przylata na planete i wychodzi mu na to, ze w sumie niezle byloby to-to co nieco zaorac a potem wybudowac tubylcom jakies centrum handlowe albo co, dokladnie tam, gdzie przedtem smurfy posadzily sobie uzbrojona w swietlowki Swieta Wierzbe. Wpada znienacka na ubrana w luk i strzale Smurfohontaske, ktora mu spiewa piosenke o niebiesko-kukurydzianym gazowym gigancie (ktory u nich robi za ksiezyc), po czym Zdobywcy zaczyna switac, ze tez by chcial tak otwarcie bez gaci pohasac. Choc nie za bardzo wie po co. W miedzyczasie Kosmiczni Marines laduja w nieco powiekszonym ladowniku z Alienow, pilotowanym przez wyklonowana kopie okularow slonecznych sprzed ponad 20 lat. Ripley biega ale nic z tego nie ma, szablozebna matka wszelkich potworow walczy z chodzacym robotem… No tu sie zatrzymam i wyjasnie, ze odwrotnie niz w Alienach, robot byl zly a potwor dobry. Acha! Jednak nie mozna go oskarzac o auto-plagiat, bo zrobil to odwrotnie zupelnie niz w oryginale. I jeszcze cekaem mial wbudowany w rekaw, ten robot. Zupelny zaskok, conie?
Widywalem odcinki zalogi G, co mialy skladniejsze scenariusze. Ale przyznac musze, ze zaden z nich, lacznie z Mapetami czy Lilo i Stitch nie mialy takich ladnych i kolorowych, choc glownie niebieskich, obrazkow. Ani nikomu do tej pory sie trawnik pod nogami nie swiecil, jak jakiemu Majkielu Drzaksonu w videoklilpie do piesni Billy Jean. No, ale tam nie trawnik a kafelki byly.
Czy sie podoba? Podoba. Zupelnie bez sensu sie podoba, bo ladnie pokolorowane jest i tyle. Na dodatek ja oczekuje z niecierpliwoscia na ciag dalszy. Bo, nauczony doswiadczeniem, wiem, ze zaraz po filmie powstanie gra video o tej samej nazwie, kto wie, moze tez 3D. A jak tak, to da Bog, ze ktos z mozgiem odwaga wypelnionym, zrobi z Awatarem to, co zrobil niegdys uzebiony kogut (rooster teeth production) z gra Halo, ktorej grafiki uzyli do produkcji komedii w odcinkach. To by byly jaja, mowie wam!
Tagi: AvatarPierwsze pytanie zadane przez strajkujacych w Serpniu’80 roku panu Michalowi Monko* brzmialo: “Co to jest cenzura?“. Pytanie dzis tchnace myszka, bo przecie wolnosc jest i cenzura taka, jaka znalismy z czasow komuny, prewencyjna, okrutna, zaklamujaca rzeczywistosc, nie istnieje.
Podobno….
Pan Monko odpowiedzial. “Tu jest droga do jakiejs wsi, ale drogowskazu nie ma. A gdzie indziej sa drogowskazy prowadzace ludzi w pole.”
Ladnie. Prosto. Elegancko.
Jak opisac sytuacje dzis? Cenzury wszak tak prymitywnej i latwo zauwazalnej w swej niewidzialnosci nie ma. Mechanizm jednak pozostal, mechanizm sterowania spoleczenstwem i zaklinania rzeczywistosci. I nie zastanawialbym sie do jakiego stopnia wplyw nan ma fakt, ze radiem i telewizja, po cichutku acz komfortowo, rzadzili i rzadza popluczyny szmat z tamtej epoki. Gdy ich zabraknie – przyjda nastepni. Wszak koniunkturalnych kanalii nigdy nie zbraknie.
Zastanowilbym sie natomiast nad celem ich dzialania. Orwell zauwazyl a Radio Erewan potwierdzilo, ze marksizm-leninizm w teorii nawolujacy do rownosci, w praktyce prowadzi do stratyfikacji spolecznej na zasadzie “u kawo budiet’ u kawo niet’”. Na cale szczescie sojalizm wyparty zostal przez Demokracje. Wyparty przez Wolnosc, Rownosc, Braterstwo. Zreszta, po co komu braterstwo, o wolnosci nie wypowiem sie z obawy przed represjami wcale. Ale Rownosc…
Rownosc?
Aktualne wydarzenia sklaniaja do refleksji o niej wlasnie. Rownosci wobec prawa. Okazuje sie, ze sa osoby ktore prawo ma traktowac w sposob szczegolny. Jak to zwierze, co pod ochrona jest i gryzc go nie wypada. Z mas szarych wyrozniona zostaje elita, ktorej jak sie okazuje, powinno byc wolno WIECEJ.
Elita, ktorej do niedawna trzon tworzyli zeszmaceni politycy, malwersanci, mordercy, oprychy i szuje, zdaje sie ewoluowac. Doszlusowuja do niej bowiem celebryci. Starali sie i pracowali na awans ten, to maja.
Jak sie starali? Ano, zacytujmy tu jednego z tych, co pluciem na Polske zaskarbili sobie immunitet:
“Jak Pan przezyl?
Chowano mnie komorce a nocleg znajdowal sie w oborze. Mieszkanie było własnoscia zalosnie biednych katolickich chlopow, ktorzy nie wiedzieli że jestem Zydem. Zanim moj ojciec zostal aresztowany, pozostawil naszym przyjaciolom oszczednosci i klejnoty rodzinne aby miesiecznie oplacali moje utrzymanie. Ale poniewaz oni byli dobrymi Polakami to wszystko przepili. Ci chlopi nie wyrzucili mnie tylko dlatego poniewaz spodobalem sie zonie wlasciciela i bylem jej protegowanym. Moje szczescie polegalo tez na tym ze nie wygladalem na Zyda. Inaczej z pewnoscia zadenuncjowali by mnie Niemcom.
Przezyl Pan pod jednym dachem z antysemitami?
Oczywiście. Wszyscy Polacy byli antysemitami. Po tysiacu lat propagandy Watykanu było to czescia ICH kultury. Kazdy chlop ktoremu powiedzialby pan ze Jezus był Zydem, natychmiast zabilby siekiera .Niewyobrazalne co by sie stalo gdyby Pan dodal ze Dziewica Maryja była Zydowka.“
Cyk, i pozycja w elitach gwarantowana. Co wiec elitom wolno? Uniknac rownego traktowania przez wymiar sprawiedliwosci – prawa konstytucyjnie gwarantowanego. To w zasadzie tak, jakby ich nagle przestala obowiazywac grawitacja.
Kiepska to proba nawiazania do wczesniejszej metafory z drogowskazami. Co gorsza, latac pod niebiosa chcialoby wielu. Mniej normalna, w spoleczenstwie moralnym , staje sie jednak oskoma na zadzganie kogos nozem czy seks analny z dzieckiem.
Jak sie ten swiat szybko zmienia. Pomyslec, ze przed wojna, nauczyciel zlapany na pijanstwie, tracil prace. Nawet mi sie pisac nie chce, jakim jest ideal nauczyciela wedlug osob przypisujacych sobie moralne prawo do dyktowania nam nowych wartosci.
Co warto jest jednak zapamietac, to to, ze elitom powinno byc wolno MNIEJ!
Toc to latarnia morska spoleczenstw jest. Toc oni tymi drogowskazami, co na manowce nas wiesc nie powinny, sa. Toc to wykladniami moralnosci i fundamentami cywilizacji sa… Achem… Powinni byc.
Dzis, jak zawiadowca stacji do ktorej po jednym torze pedza ku sobie dwa pociagi, siadam sobie w bezpiecznej odleglosci od torow i oczekuje na “wspaniala katastrofe”. Czekam na kolejne odslony dramatu, kolejne szalbierstwa i zbrodnie, ktore elity zakwalifikuja do grona ekscentryzmow na ktore MUSZA sobie od czasu do czasu pozwalac.
Bo co mi innego pozostaje?
Cierpliwy jestem. Do czasu gdy Papiez, w otoczeniu zachwyconych elit, nie odprawi Czarnej Mszy.
A potem wyjde. Po cichutku, by sobie w nowym, wspanialym swiecie obciachu nie robic.
* Serdecznie dziekuje Radiu Niezalezne’mu, za to glownie, ze jest, w szczegolnosci zas za wywiad z ktorego wypowiedz tu przytoczylem.
Tagi: moralnosc elity
Krotko dzis. F1 w Singapurze byl drukowany. Gdyby zespolem Reno zarzadzala Kondoniara Rajs i “To nie ja pociagnalem za cyngiel” Czejni, do dzis osoby zarzucajace malwersacje nosilyby brzemie “konspiratorow”.
“Dziekuje serdecznie za zadanie mi tego pytania. Otoz my nie mielismy najmniejszego sygnalu, ze bolid Pikieta rozwali sie na zakrecie. Jest oczywistym przypadkiem, ze Alonzo zatankowal ciut przed zablokowaniem ruchu i wykonczeniem paliwa we wszystkich innych autach. Nam szczescie musi dopisac za kazdym razem, wypadkowi zas tylko raz. A kto sadzi, ze Pikiet by rozsmarowal sie po bandzie po to tylko, by nasz zespol dojechal do mety pierwszy, to kanalia bez serca. Przeciez on mogl tam zginac!”.
Nic wiecej nie mam do dodania oprocz tego. ZWOK. kto zna, to zna, kto dopiero pozna, temu wlasnie skonczyl sie sen. Tako prawi wam uzalezniony zombi, nostromo.
http://www.mofunzone.com/online_games/zwok.shtml
Tagi: szampon pozycja 180Lotnisko tak nowe, ze jeszcze nie do konca rozpakowane z celofanu. Dworzec wielki, klarowny jak industrialna masarnia. Umundurowana w usmiech panna oddaje mi paszport. “Senk ju, hew a najs dej”. Pozmienialo sie, mysle. Podchodze do kolejki przy poidelku. Chark. Chark. Chaaaaaaaark. Ptfuj. “Witajcie w Chinach” mysle na glos. Pozostawiam tubylcow. Jak najszybciej ich pozostawiam.
“Plus ca change…”.
Siedzimy w restauranie. Jemy “lekki posilek”. Stol okragly, jak to tu w zwyczaju. Srodek stolu zajmuje karuzela z potrawami. Nie, nie srodek, wiekszosc. Potraw bowiem jest ze sto czterdziesci. Nie brak flakow w oleju. Nie brak dwu zup, ryby, trzech kurczakow, krabow, jaj, wolowiny, tofu, kapusty i grochu. Wina nie brak, dwojakiego. Chinski Mur poprawil sie, jest nawet-nawet. “Wino biale” to nadal dykta. Wysoko oprocentowana, ale dykta. Dyskusja intensywnieje z uplywem czasu i gorzaly. Toasty wygladaja jak zwykle. Najnizszy ranga unosi sie honorem i szklanica, klania w strone derechcji i blaga o wspolnego drinka. Derechcja sie godzi, traska szklanicami, pamietajac o tym, by brzeg kielicha podwladnego nie byl wyzej niz wlasny (a miala byc emnacypacja). I juz. Zadnych zbednych mow, zyczen czy kaukazkich anegdot o malej lecz dumnej ptaszynie. “Derechtorze, ch-lai”…
Chlup i dziekuje.
To sluzalcze trzaskanie szklem w momencie obopolnego okazywania szacunku prowadzi do szurania stopkami kielicha o stol – lacznie z rozmazem jajecznicy po obrusie. By tego uniknac spora ilosc toastow wykonywana jest obok stolu, glebokosc unizenia uzlaezniona jest wowczas od sprawnosci fizycznej birbanta. Wiekszosc z nich siega gleby.
Rowniez szklanicami.
Po lekkim posilku trzy kelnerki niosa kartony zarcia i wina do derechtorskich aut. Kolacja, podobnie jak auto i szofer, jest na koszt firmy. Spotykamy sie ponownie na hotelowym sniadaniu. Bufet, sniadanie, wiec wina brak. Przepijamy do siebie sokiem pomaranczowym.
Derechcja, bez ceregieli pakuje do kieszeni po jaju na twardo.
Granitowe formacje w okolicach Qinhuangdao sa spektakularne. Auto wspina sie na kolejne tarasy drogami pelnymi “zakretow smierci”. Co zakret to pocztowka. Dojezdzamy do trasy konca. Oczekuje wielkiej panoramy z prysiudami z zachwytu. Znajduje skaly zniszczone dynamitem i mlotem pneumatycznym. Piec glow buddy spoglada na mnie z pieciu szczytow. Przewodnik z duma mowi, ze wzrost religijnosci tubylcow dal im ten pomysl.
Teraz bedziemy mogli turystom podniesc cene biletow, oswiadcza radosnie.
W drodze powrotnej zatrzymujemy sie przy polowie wzgorza. Rozmiarem musialo byc zupelnie, zupelnie. Teraz wyglada jak wyplutek po jablku. Kopalnia odkrywkowa, pytam? Nie, skadze. To tylko tak. Bo jest tu granit, odpowiada przewodnik. Unosze zdziwiony brew. No tak, tlumaczy mi cierpliwie, ktos tu przyszedl i zabral sobie pol gory.
Zastanawiam sie, ktory ze znajomych mi jajkokradcow maczal w tym palce.
“Tradition!” Spiewal sobie kiedys Tevye. I mial racje. Niewatpliwie glebsza niz 60 lat komuny. Tradycja oszwabiania, zlodziejstwa i hipokryzji. Umajonych usmiechem i potrzasaniem dloni. Tradycja tak silna, ze prawa autorskie, prawa wlasnosci intelektualnej, egzekwowane globalnie atakami komadosow na byle szczenie sciagajace pliki z sieci – tu nie dzialaja.
Zastanawiam sie, czy respektowano prawa autorskie Niemena, pakujac jego single na pocztowki muzyczne. I wychodzi mi na to, ze najprawdopodobniej jednak – tak. Tego spodziewac sie nie nalezy w Chinach, stwierdzam ogladajac reklamy pirackiego iPhona.
“Dziwny jest ten swiat”. Ano, tak.
Tagi: chinyIm dalej w las tym wiecej partyzantow.
Tak mawiaja rosjanie, wiem, a wiedze ta okupilem bardzo skomplikowana migrena. Im dalej w zyciu sie zanurzam, tym bardziej obfituje ono w przypadki wskazujace na moja, osobista i bardzo unikalna pozycje we wszechswiecie. Kto wie, jesli ona, pozycja ta, jest dla mnie stworzona, to moze wszystko inne tez? Czy te domy za rogiem istnieja gdy mnie tam niema? Czy padajace samotnie w lesie drzewo wydaje jakikolwiek dzwiek? Troche to jak w komputerowej grze, by nie zasmiecac elektronowych obwodow logicznych, ulice i ludzie ukazuja sie dopiero gdy do nich sie zblizymy.
Czy przypadkiem jest, ze przypadkowo poznany wyksztalcony chlopak z duzego miasta (odleglego o dwa dni drogi), spytany o jedyna osobe jaka stamtad znamy, odpowiada, owszem. To moja narzeczona jest. Bo co? Czy przypadkiem jest, ze w dniu, w ktorym lzy gorzkie lejemy, klnac obczyzniana samotnosc, spotykamy przechodzaca z tragarzami kolezanke z wojska? Czy jest mozliwe, by wlaczajac po raz pierwszy w zyciu nowa stacje radiowa zazyczyc sobie w myslach utwor skrzypcowy – i go natychmiast uslyszec?
Przypadki sie mnoza i konca ich brak. Wlasnie dopadl mnie nastepny. Pewna biurowa rozmowa o nowojorskim kuchcie-podrozniku (no reservations) Antku Bourdinie zaowocowala wieczornym wlaczeniem telewizora i obejrzeniu powtorki programu sprzed lat – dokladnie tego epizodu o ktorym rozmawialismy – tego z Singapuru. Kto by przypuszczal, ze akurat (przypadkiem? nie sadze!) bedzie ponownie emitowany? Nawet go nie szukalem, zreszta jak? Wsrod setek programow, ja, co TV od lat nie ogladam a ostatni program telewizjny jaki znalem na pamiec konczyl sie Jackiem i Agatka, zagubiony sie czuje i na losu pastwe pozostawiony. Jakakolwiek sesja ogladacka (a te sa rzadkie) jest dla mnie jak ruska ruletka, z pilotem zamiast nagana (no i jedna kulka w magazynku o pojemnosci paru setek). Ogladam wiec ci tego Antka i sprawdzam go, czy idzie tam gdzie trzeba, czy lokalna piszcze docenia. No i sie nie rozczarowalem, co wiecej, doksztalcilem, bo zaprowazono go w miejsca mi nieznane. Zapamietalem (przypadkiem) nazwe restauracji owej. I to by w zasadzie powinno byc juz wszystko. Ale… Dzien pozniej tenze koles z ktorym rozmowe odbylem wczesniej wyciaga mnie na kolacje. Dokad? No wlasnie. Tam. Siadamy w plastykowy rozklekot (restauracja to brzmi dumnie, proponowalbym zastapic slowem zapyziala jadlotyjnia, gdyby nie to, ze zarcie jest na poziomie olimpijskim – a ceny – wrecz everestowe). Mowie mu, ze ogladalem, ze to doskonale miejsce, ze w TV mowili, ze sama Michelle Yeo tu wlasnie sie stoluje gdy bawi w okolicy. Ta aktorka? mowi kumpel. No ta, ta z Bonda, odpowiadam na odczepnego. Ale czy TA? Dopytuje sie on namolnie. Podazam za wyciagnietym palcem. No ta… taka jej nac, ta sama.
Solipsyzm to, czy bokononizm?
Moja wyjatkowa pozycja w uniwersum nie zawiera w sobie pod-pozycji z Michelle Yeo. Troche szkoda. Ale przynajmniej bylem kul i sie jak szpak w nia nie gapilem. To znaczy wowczas myslalem, ze jestem kul. Dzis zaluje, ze nie siegnalem po aparacik i nie opstrykalem jak jakis zawodowiec-paparazzi.
Tagi: zbieg okolicznosci