a właściwie zacząć. Kot dorasta, nawet zaznaczył sobie siknięciem furtkę od strony ulicy.
Dość jednak zabawy w bieganie i łapanie jabłek trurlanych, dość łapania muszek i motylków. Potwór drapieżnik mi rośnie-czarna pantera.
Skoro świt, będąc w półśnie słyszę dreptanie i pomrukiwania. Uchylam powiekę widzę kota z czymś szarym w pysku-pierwsza myśl, mysz, za duże [myszy polne są tyci]; druga myśl kret. Kot widząc, że na niego patrzę, oczywiście chciał się pochwalić werbalnie i jak ten kruk z serem w pysku wypuścił zdobycz. Dopiero widzę, że to wróbel albo coś podobnego. Żyje i stara się uciec, kot go pac łapą i do pyska, ale nie nagadała się dosyć, jaka jest cudowna i bohaterska, więc znowu go wypuszcza. W między czasie ja zaczynam się użalać – NIEEE, Kicia wypuść ptaszka. Ptaszek leci i uderze w szybę okna szczytowego. Pada zemdlony. Wtedy już będąc na nogach łapię kota pod pachę i patrzę co z ptakiem. Ogłuszony taki leży, ale oddycha. Więc biorę go i wynoszę do ogrodu . [Kot zostaje w domu].Nie bardzo wiedząc co począć kladę go na gałęzi choinki na wyskości, żeby nie tak blisko ziemi. Widzę, że zaciska pazurki na gałęzi, oddycha przy tym nerwowo. Tak go zostawiam i wracam do kota jakoś go ułagodzić, że dzielna, ale szkoda ptaszka.
Ptaszka później nie było, ufam że odleciał w zdrowiu.
Mam tylko nadzieję, że Kot nie przywlecze mi zająca, jak kot moich znajomych, taki niby domowy był…
ps. myszka odwiedziła mnie też, ale nie wiem co robiła, bo jak ją dojrzałam to właśnie wychodziła.
Ech, trzeba przyjąć tę wieś z dobrodziejstwem inwentarza.