Co oni wiedzą o Ruskach?

październik 31, 2008 | XiazeLuka 15 Komentarze/y | Kategoria: Polityka, Xiaze

Odpowiedź: od ponad pół wieku – nadal niewiele.

W dzisiejszej Gazecie na Święto można delektować się wywiadem z Normanem Daviesem, autorem książki poświęconej pewnym oczywistościom z historii II wojny światowej. Dlaczego p. Davies opublikował oczywistości? Odpowiedź jest bardzo prosta – na Zachodzie są to objawienia, w tamtejszych kompendiach wiedzy opisy operetkowych walk w Afryce Północnej są zwykle dłuższe od opisów walk na froncie wschodnim…

Przyczynę takiego stanu rzeczy p. Davies nieubłaganie demaskuje:

Gdyby zacząć myśleć o tej wojnie uczciwie, trzeba by przewartościować także swój w niej udział. Łatwiej było okłamywać samych siebie, że nie było Gułagu i straszliwego stalinowskiego terroru. Ta potrzeba była tak silna, że nawet w latach zimnej wojny […] nikt nie powiedział złego słowa o sowieckich zbrodniach w czasie wojny. […] Na Zachodzie wszyscy milcząco zakładali, że Gułag działał w latach 30., potem zniknął i wznowił działalność tuż po wojnie.

Historycy z Oksfordu, moi koledzy, mówią bez zastrzeżeń o sowieckim terrorze, ale nie w debacie o II wojnie. O wojnie debatuje się w innym wymiarze, wiedza o stalinizmie nagle znika.

Wszystko to prawda. Tym większa szkoda, że sam p. Davies nie do końca wyzwolił się z tradycyjnego na Zachodzie uznawania Rusków za cwanych kretynów, których horyzonty sięgają co najwyżej najbliższej soboty, czyli okazji do grubszej popijawy. Zresztą już w poprzedniej książce na temat powstania w Warszawie Autor raczej beztrosko zanalizował poczynania strony sowieckiej w kontekście walk w stolicy – jak się okazuje nie bez powodu.

Powód jest taki:

Historycy zgodnie przyjmują, że po upadku Francji [Stalin] bał się Hitlera. Zapewne tak, były powody, by się bać.

Ci „historycy” to niewątpliwie wspomniani wcześniej koledzy z Oksfordu, których wszak sam p. Davies zdemaskował jako ignorantów. Dlaczego tow. Stalin miałby się bać tow. Hitlera – tego nie wiadomo i najpewniej nikt się nad tym nie zastanawia, stąd taki niespotykany konsensus. Hitler miał aż 3500 czołgów, Stalin zaledwie 23 000. Hitler miał aż 0 (słownie: zero) czołgów ciężkich, Stalin miał ich tylko ponad 700. Hitler miał aż 3000 samolotów, Stalin zaledwie 21 000. Hitler miał aż 19 dywizji pancernych, Stalin tylko 61. Jak na dłoni widać, że towarzysz Józek miał powody do panicznego strachu.

Co zrobił zestresowany władca Kremla? Otóż całkowicie p. Daviesa zaskoczył:

Nie wiemy, dlaczego sowieckie armie zostały przesunięte daleko na zachód, tuż nad nową granicę niemiecko-sowiecką […] sowieckie lotnictwo skoncentrowane tuż pod nosem Niemców było wystawione na nagłe uderzenie. To bardzo dziwna sprawa, bo ulokowanie wszystkich samolotów blisko linii granicznej urągało wszelkim zasadom obrony.

Ja p. Daviesa jeszcze bardziej zadziwię: niemieckie armie zostały przesunięte daleko na wschód, tuz nad nową granicę, Luftwaffe pojawiła się na lotniskach polowych utworzonych tuż pod nosem Rusków, co urągało itd. Posunięcia sowieckie były lustrzanym odbiciem niemieckich przygotowań, lecz chyba p. Davies nie zechce twierdzić, że działania Niemców były „bardzo dziwne”? Obie strony szykowały się do tego samego – nagłego ataku. Dlaczego coś, co jest oczywiste po stronie nadludzi, ma dziwić u Rusków?

Pan Davies odpowiedź na swoje hamletowskie dylematy zawarł w powyższym wywodzie, niestety nie zdołał tego zauważyć, ponieważ powtarza:

Nie wiem, dlaczego Stalin podstawił Armię Czerwoną pod niemiecki cios.

Wróćmy do wcześniejszego spostrzeżenia: Stalin ponoć się bał Hitlera. Jak ktoś się boi włamania do sejfu, to w ramach działań obronnych sejfu tego przecież nie otwiera i nie rozkłada jego zawartości pod płotem. Zdaniem Autora powodowany zwierzęcym strachem Stalin zrobił wszystko, aby swoje lęki wzmocnić. Ot tak, bez powodu. Pan Davies naczytał się Niekricza; to właśnie ów wybitny historyk już lata temu podał rozwiązanie zagadki: Armię Czerwoną przesunięto na zachód „bez uzasadnienia”. Oszalały ze strachu Stalin wykonywał irracjonalne wygibasy. To jest właśnie ten naukowy poziom zachodnich znawców tematu.

No, już wszystko jasne – ruskie głupki działały bez żadnego planu, po prostu na żywioł. Dlaczego ten żywioł miał jednak jasno określony wektor, tego p. Davies nie wie, zapewne wątpliwość taka nie przyszła mu nawet do głowy. Jego rozeznanie tematyki pozostaje na poziomie lat 80. zeszłego wieku:

Co pan sądzi o koncepcji, że w 1941 r. Stalin szykował się do uderzenia na III Rzeszę, ale Hitler zdołał go ubiec?

Ten pomysł spopularyzował w swojej książce były sowiecki oficer służb specjalnych Wiktor Suworow. Żadne znane historykom dokumenty takiego biegu zdarzeń jednak nie potwierdzają.

Lodołamacz” Suworowa został napisany i opublikowany ponad 20 lat temu. Od tego czasu pojawiło się co najmniej kilkadziesiąt poważnych monografii potwierdzających generalne tezy „sowieckiego oficera służb specjalnych”, a jednocześnie bez większego trudu wyjaśniającego problemy badawcze, które p. Daviesa obezwładniały umysłowo. Ujawniono sowieckie plany ofensywne, żadnych planów obronnych nie udało się jednocześnie znaleźć. Owszem, nie znamy planu zatwierdzone przez Stalina, a jedynie kilka bliźniaczych projektów, jednak ich treść oraz rzeczywiste rozwinięcie RKKA nad zachodnią granicą się pokrywają, przez co jakiekolwiek wątpliwości stają się bezzasadne. Analiza składu sowieckich sił uderzeniowych – korpusów zmechanizowanych – również pozwala bez większego trudu nawet dyletantowi wskazać kierunek, w którym we właściwej chwili miały się przemieszczać. Jakiego więc „dowodu” potrzebuje jeszcze p. Davies?

Obawiam się, że to nie o dowody chodzi. Pan Davies, mimo wielkich wysiłków, pozostaje w mentalnej unii ze swoimi kolegami z Oksfordu, a ponadto w dalszym ciągu ma raczej zielone pojęcie o problematyce sowieckiej. Oto przykład:

Rosjanie produkowali najlepsze czołgi tej wojny T-34…

…które w pojedynku jeden na jeden przegrywały z tygrysami.

No i co z tego? One były zaprojektowane do polowania stadami, jak wilki w stepie.

Historyk mający podstawowe chociaż pojęcie zwróciłby uwagę redaktorowi-nieukowi, że T-34 był czołgiem średnim, który wszedł do służby w 1939 roku, natomiast Tygrys był czołgiem ciężkim, wprowadzonym do walki pod koniec 1942 roku. Porównywać obu wozów jako równorzędnych nie ma po co. Jeśli p. Davies tego nie wie, to jaka jest jakość innych jego tez?

Gdybym miał napisać recenzję z książki „Europa walczy 1939-1945. nie takie proste zwycięstwo”, to zatytułowałbym recenzję tak: „Stracona szansa”. Nie Europy. Autora.

Pstrąg w sosie maślanym jest niekoszerny

październik 31, 2008 | XiazeLuka 58 Komentarze/y | Kategoria: Polityka

Belgijska telewizja publiczna VRT zrezygnowała z emisji odcinka programu kulinarnego “Plat Prefere” (Ulubione Danie), w którym miał być zaprezentowany ulubiony posiłek Adolfa Hitlera. Gospodarz programu Jeroen Meus gotuje ulubione posiłki różnych słynnych osób, na przykład wcześniej „gościł” Salvadora Dali i Freddiego Merkurego.

Dlaczego pieniądze wydane na nagranie programu poszły w błoto? Oczywiście, oczywiście, to żadna niespodzianka:

Zapowiedź programu wywołała oburzenie wśród społeczności żydowskiej w Antwerpii oraz organizacji zrzeszających osoby, które przeżyły obozy koncentracyjne w czasie II wojny światowej. Michael Freilich, redaktor naczelny ukazującego się w Belgii tygodnika „Joods Actuel”, wyraził obawy o przedstawianie Hitlera jako banalnej postaci i wysyłanie błędnego sygnału do młodej widowni. Samego Meusa okreslił mianem “naiwnego” i źle poinformowanego o holokauście i jego skutkach.

Stanowisko histeryków żydowskich to nic nowego, niemniej przy każdej tego typu okazji ogarnia mnie dezorientacja: z jednej strony starsi ziomale w wierze starają się nie dopuszczać do przestrzeni publicznej słowa „Hitler”, z drugiej – nieustannie domagają się celebrowania pamięci o samozwańczo wytypowanym centralnym punkcie dziejów świata. A jak tu wspominać o holokauście bez podania nazwiska autora? Z zacytowanej powyżej złożonej pretensji p. Freilicha wynika jednakże, że mówić o towarzyszu Hitlerze wolno, lecz jedynie w jednoznacznie mrocznych tonach. Ot, był to potwór, co to żadnych „banalnych” czynności nie wykonywał: nie jadł, nie pił, nie korzystał z garderoby, toalety czy fryzjera. Kwintesencja zła i już.

Stanowisko takie wydaje się być zbyt jednostronne, zanadto pochopne, wszak śledztwo dotyczące menu Adolfa mogłoby doprowadzić do sformułowania naukowych wniosków, przykładowo „nadmierne spożywanie sałaty wywołuje agresję” albo „brak mięsa wzmacnia asertywność”. Tym bardziej że precedens już był, żydowscy uczeni zdemaskowali toksykologiczne związki w mleku polskich matek…

Hitler Hitlerem, jednak przy okazji dostało się „naiwnemu” i „źle poinformowanemu” p. Meusowi. Pan Meus zabrał się do gotowania lekkomyślnie, z książką kucharską w ręku. Tymczasem, jak go pryncypialnie napomniał cenzor Freilich, zanim się ktoś złapie za patelnię, powinien najpierw zdać egzamin z holokaustu. Z pewnością nie jest to takie łatwe jak gotowanie, jako że z wywiedzeniem związku między pstrągiem w sosie maślanym a holokaustem nie każdy sobie poradzi. W ostateczności pozostają obozy reedukacji… pardon… korepetycje w redakcji „Joods Actuel”, niedorozwiniętego p. Meusa na pewno przyjmą tam z otwartymi ramionami – pracuje w telewizji, więc dobrze zarabia. A za niedoinformowanie się płaci…

Prawdę mówiąc na zajęcia dodatkowe przydałoby się posłać w zasadzie każdego, kto wykazuje się „naiwną” znajomością historii II wojny światowej.  O „niedoinformowaniu” świadczy samo używanie tego zwrotu – „II wojna światowa” – banalizującego problem i mogącym wprowadzić w błąd szczególnie osoby młode. W istocie w latach 1939-1945 doszło do holokaustu, którego „II wojna światowa” była jedynie detaliczną częścią. Kiedy już wbijemy sobie to wszyscy do głowy, możemy iść do kuchni.

Dr Haus dla Der Dziennika:

październik 31, 2008 | Siedem 2 Komentarze/y | Kategoria: Osobiste

Żyję dalej, staram się żyć normalnie. Zakładam, że jeszcze pożyję. Ale też nie czepiam się życia kurczowo. Jestem ateistą. Obserwacja życia i doświadczenie lekarskie utwierdzają mnie, że Boga nie ma – mówi w rozmowie z “Dziennikiem” Zbigniew Religa.

“Dziennik”: Nadal się pan nie boi śmierci? Czy, aby zaakceptować śmierć, trzeba być lekarzem?

Zbigniew Religa: Trzeba być człowiekiem, który ma na ten temat przemyślenia. Moje przemyślenia są proste: nie ma człowieka, który by nie umarł. Łącznie z papieżem. Skoro jest to nieodwołalne i nieodwracalne, to nie ma się czego bać. Każdy musi umrzeć, panie też. Dla mnie śmierć jest niczym, śmierć jest snem. Tłumaczę to sobie jeszcze tak: miałem ukochane miejsce w świecie – Wyspy Zielonego Przylądka*. Ukochane było dawno temu, kiedy nie było tam tych wszystkich hoteli, tłumu turystów, hucznych imprez, a ja mogłem łowić ryby. Ale mnie na tych Wyspach nie ma. Nie żyję tam, nie żyję i już. To samo dotyczy innych miejsc na świecie. I naturalną koleją rzeczy kiedyś nie będzie mnie też tu.

I nie zastanawia się pan, gdzie pan będzie, kiedy tu pana nie będzie?

- Nie muszę, wiem, gdzie będę. W ziemi.

Rozumiem, że jest się ateistą, kiedy jest się młodym, zdrowym, świat jest piękny i wszystko przed nami. Ale im bliżej końca tym – wydawałoby się – więcej pytań o to, co będzie dalej.

- U mnie jest na odwrót. Jestem ateistą coraz bardziej.

Kiedyś był pan bardziej skłonny uwierzyć w siły nadprzyrodzone?

Ja pochodzę z rodziny katolickiej. Był taki okres w moim dzieciństwie, kiedy wierzyłem w Boga. Potem zacząłem się nad tym wszystkim zastanawiać i z tego zastanowienia wynikło, że nie wierzę w to wszystko. Ale muszę jasno powiedzieć: ja nie jestem wojującym ateistą. Wydaje mi się, że jestem przykładem osoby tolerancyjnej. Moje dzieci były wychowane tak, jak same chciały. Jeśli chciały chodzić na religię, to mogły. Nigdy im nie zabraniałem. Zresztą nigdy na ten temat nie rozmawiałem z nimi, dawałem im pełne prawo wyboru.

I co wybrały?

- Wydaje mi się, że ateizm, choć chyba nie tak zdecydowanie jak ja, bo mają w głowie jakieś znaki zapytania. Swoje dzieci wychowują tak samo. Ale jeśli panie myślą, że zbliżam się teraz do śmierci i w związku z tym zmieniłem zdanie w sprawie wiary, to nie mają panie racji. Nie widzę powodu, żeby zmieniać zdanie. Jestem coraz bardziej niewierzący, ale to jest prywatna sprawa. Nigdy tego nie manifestowałem na zewnątrz.

Więc jakim kodeksem etycznym się pan kieruje? Chrześcijanie mają dekalog, a pan?

- Dekalog, który ma kilka tysięcy lat, przyjęła znaczna część ludzi na świecie, w tym również ja. Ale to nie ma nic wspólnego z wiarą. Nie trzeba być wierzącym, by przestrzegać dekalogu. Myślę, że ja przestrzegam tych zasad bardziej niż niejeden wierzący. Ja je w pełni akceptuję. Bo to nie jest tak, że ateista wszystko może, że żadne normy go nie obowiązują. Żyje wśród ludzi, ma wobec nich zobowiązania i dlatego właśnie przyjąłem dekalog. Ale nie ma w tym nic religijnego.

Nie widzi pan na świecie cudów? Ręki Boga?

- Nie. Obserwacja życia i doświadczenie lekarskie utwierdzają mnie, że Boga nie ma.

Nie widział pan cudu medycznego?

- Jeżeli nawet widziałem rzeczy, których nie potrafię wytłumaczyć, to nie wierzę, by stała za nimi siła wyższa. Przyjmuję po prostu, że brak wytłumaczenia musi wynikać z mojej niepełnej wiedzy.

*- Wrzucam te zdziecinniałe filozofie bo prychnąłem w monitor przy Zielonych Wyspach. Znam Takiego Pana. Niech będzie, że dobrze. Niech nazywa się X. Więc X też zdobył order uśmiechu i kubek w galerii ludzi pozytywnie zakręconych. Różni kolesie wyniszczali kobiety na różne sposoby. Mam tutaj na myśli ostatnią fazę czyli okres w którym powszednieje seks i znajomość a czas już najwyższy na żeniaczkę. Niektórzy słabi zawodnicy mówią, że mama jest w szpitalu i nie mogą – no sorki, albo, że w ameryce murzynów biją i nie mają pieniędzy na ślub… Może te pieniądze zmarnowane na bigos i golona i wódkę wydać na małych Etipczyków. Zostańmy przyjaciółmi… Ślub niszczy spontana i inne takie nieświeże pierdy.

Lecz Mr X wdrapał się na K2 kreatywności. Rzekł tak do swej lubej: “Mogę się Tobie tylko na wyspach Zielonego Przylądka oświadczyć. To musi być COŚ, nie wyobrażam sobie tej podniosłej chwili gdzie indziej, itepe..”

Tropic Thunder (Jaja w Tropikach)

październik 30, 2008 | Siedem 10 Komentarze/y | Kategoria: Kultura

25 lat Kamczatki temu kto wymyślił   polski tytuł. To już taka tradycja, nasza regionalna. Dobra komedia z mnóstwem gagów i całkiem dobrych dowcipów napisanych jednak przez środowisko filmowe dla środowiska filmowego i krytyków no i może jeszcze dla tych dziwolągów uczących się obsady na pamięć z IMDB dot com. Nie lubię zaglądać do hermetycznych puszek, zaglądać przez dziurkę. Podobnie chyba reagują czytelnicy Wpisza24 na rzeczy napisane przez nas dla nas. Milczą, czasem podniecają się tym Bigbraderem  by w końcu zdechnąć na śmierć z nudów.

Piszę o tym filmie ponieważ znowu miałem rację co również jest nudne. Przepustką do panteonu w holywoodzie jest skuteczne i dobre zagranie czuba. Pittowi nigdy się to nie udało o czym pisałem. W TT odtwórca najsmaczniejszej postaci – murzyna – Downej Jr tłumaczy koledze w czym rzecz. Dialog pod zdjęciem:

tropic thunder

00:33:44:Kiedy grałem postać.
00:33:45:- Gdy byłeś Jackiem?|- Tak.
00:33:48:Pojeb Jack.
00:33:50:Po zakończeniu zdjęć nie wiedziałem,|jak się otrząsnąć z tej postaci.
00:33:59:Otrząsnąć z pierdzenia w wannach|i głupiego śmiechu.
00:34:03:- To było szaleństwo.|- Niełatwa robota.
00:34:06:Bycie aktorem to sztuka.
00:34:08:Jesteś artystą.
00:34:10:Taka to praca, nie?
00:34:12:Czapki z głów.
00:34:13:Zwłaszcza że Akademia|lubi takie pierdoły.
00:34:20:- Co?|- Serio nie wiesz?
00:34:26:Wszyscy wiedzą, że nigdy nie zagrałeś|w pełni upośledzonego.
00:34:29:- Co masz na myśli?|- Obczaj to…
00:34:31:Dustin Hoffman w <i>Rainman</i>|wyglądał i grał jak upośledzony.
00:34:34:Ale upośledzony nie był.
00:34:35:Liczył wykałaczki, oszukiwał w kartach.|Autystyczny. Nie upośledzony.
00:34:41:Tom Hanks w <i>Forrest Gump</i>.
00:34:42:Może i upośledzony, na nogach|miał to żelastwo,
00:34:45:ale potem oczarowuje Nixona|i wygrywa w ping-ponga.
00:34:48:To nie upośledzenie.
00:34:50:Peter Sellers w <i>Wystarczy być</i>.|Dziecinny? Tak. Ale nie upośledzony.
00:34:55:Chcesz wyjść na zupełnego|niedorozwoja?
00:34:58:Nigdy tego nie rób.
00:35:00:Nie kąsasz bryłki? Spytaj Seana Penna,|rok 2001, <i>Jestem Sam</i>. Pamiętasz?
00:35:05:Zagrał kompletnie upośledzonego.|Wrócił z gali bez Oscara.
00:35:17:Boże.|Jasny gwint.

Tagi:

Teleekspressowa Galeria Ludzi Pozytywnie Zakręconych

październik 30, 2008 | Siedem 52 Komentarze/y | Kategoria: Osobiste

Dziś koszulkę i kubek dostaje Pan Sławek z Gorzowa:

25-latek z Gorzowa przejechał pieszego, bo ten nie chciał ustąpić mu miejsca na osiedlowej drodze. Teraz odpowie za umyślne uszkodzenie ciała.

Do sprzeczki pieszego z kierowcą doszło w ostatni piątek na gorzowskim os. Górczyn. Osiedlowa ul. Legionów Polskich jest częściowo wyłączona z ruchu. Na wniosek mieszkańców ustawiono tam znaki zakazu wjazdu, niedotyczące jedynie lokatorów. 25-letni Sławomir G. zignorował zakaz i swoim peugeotem wjechał w uliczkę. Tam napotkał pieszego. Kierowca nie miał miejsca, by bezpiecznie ominąć mężczyznę, a pieszy nie chciał zejść z drogi. – Doszło między nimi do sprzeczki. Panowie obrzucili się epitetami. Żaden z nich nie chciał odpuścić – relacjonuje Sławomir Konieczny, rzecznik gorzowskiej policji. Kierowcy puściły nerwy. Nacisnął pedał gazu i ruszył wprost na pieszego. Ten wpadł na maskę samochodu. Furiat przewiózł mężczyznę ok. 20 m. Gdy zahamował, pieszy upadł na jezdnię. Za umyślne uszkodzenie ciała grozi mu kara od 2 do 10 lat więzienia.”

Mnie też jest ciężko Sławku zrozumieć ludzi/pieszych wymuszających  swoje pierwszeństwo. Często spotkam się z czymś takim. Stoi parka przed przejściem. Zazwyczaj są to ludzie młodzi lub tacy, którzy wyglądają na nigdy nieużywających auta. Jedno się waha i drugie się waha. Jedno pokazuje drugiemu jakie jest odważne i jak świetnie zna się na przepisach ruchu. Wkracza na jezdnię pewnym krokiem. Ja się oczywiście zatrzymuję, piesek kiwa głową, ja też kiwam żeby był pełen realizm i kiedy już są jedną nogą są na drugiej stronie, odprężeni – trąbię 1 raz. Naturalnie, że wyzywają mnie od chamów a wtedy ja otwieram szybę i mówię jak to dobrze, że mam wytoczone gładkie tarcze. Okay. Nie mówię tak. Zazwyczaj jest coś w stylu “wypierdalaj ty chuju w ciapki bordo”. Bo nie mam maski.

Front Jedności Prawicy

październik 30, 2008 | XiazeLuka 17 Komentarze/y | Kategoria: Polityka, Xiaze

Do sklepu w Anglii wchodzi Polak:
- Poproszę piłkę.
- I’m sorry, I don’t understand – rozkłada ręce angielski sprzedawca.
- O rany… No to powolutku: piłka, okrągła, globus, słońce – gestykuluje Polak, wykonując w powietrzu obłe ruchy.
- Please, say it in English… – błaga ekspedient.
- Piłka! Stejdion! Meć! Futbol! Futbol! – naprowadza Polak.
- Futbol? Oh, yes, a BALL! – na twarzy Anglika pojawia się uśmiech ulgi.
- No! Nareszcie! A teraz uważaj – Polak zgiętą ręką wykonuje charakterystyczne ruchy – do metalu…

Powyższy żart dobrze ilustruje odmienność rzeczy z nazwy podobnych. Taka Prawica, na przykład – powszechnie upycha się po prawej stronie Tuska, Kaczyńskiego i Korwin-Mikkego, chociaż wymienieni dżentelmeni częściej się spierają niż zgadzają. Gdyby posadzić ich razem przy stole i poprosić o sporządzenie wspólnego projektu ustawy, rozporządzenia lub chociażby apelu do gawiedzi, to z całą pewnością potraktowaliby tę propozycję jako złośliwą szykanę lub wręcz próbę poddania ich bestialskim torturom.

Na osobisty użytek dzielę Prawicę na Prawicę Wolnościową i Prawicę Bogoojczyźnianą, co naturalnie wygląda sztucznie, jak wół w zaprzęgu królewskiej karocy. No i słusznie – poza rubież doraźnych, taktycznych sojuszy politycznych obie strony się nie wzniosą, ponieważ wtedy kończą się niewinne harce, a ujawniają fundamentalne różnice ideowe.

Zasadnicza różnica polega na różnicy w ostrości wzroku – Prawica Bogoojczyźniana widzi jedynie zbiorowości, Prawica Wolnościowa – także pojedynczego człowieka. Owa okulistyczna dyferencja przekłada się natychmiast na sposób pojmowania świata, czego dobrym przykładem jest sprawa filmu o Westerplatte. Prawica Wolnościowa problemu tu nie widzi – jak ktoś chce sobie kręcić film, to niech kręci, nawet jeśli potarga to narodowe mity. Prawica Bogoojczyźniana żarliwie protestuje, odsądzając reżysera od czci i narodowości, jednocześnie z zacięciem liczykrupy w zarękawkach odmawiając banitom dostępu do skarbca (Prawica Wolnościowa z zasady jest przeciwna rozdawnictwu, przeto tego rejtanowskiego entuzjazmu nie podziela).

Dychotomia staje się w tym momencie widoczna jak na dłoni – wolnościowcy stają po stronie reżysera filmu z powodu przywiązania do ideałów wolności słowa, przymiotu indywidualnego, chroniącego przed agresywną zbiorowością. Bogoojczyźniani litości dla pojedynczego człowieka nie mają, jako że cześć oddają Narodowi. W ich rozumieniu Naród stoi nad społeczeństwem, społeczeństwo ma się podporządkować albo dostanie po łapach. Kręcić zatem filmów pokazujących picie alkoholu przez bohaterów z Westerplatte nie można, ponieważ godzi to w narodową mitologię, ważniejszą od faktów, próby ustalenia prawdy historycznej i prawa do posiadania własnego zdania. A faktem jest, że żołnierze broniący Westerplatte alkohol mieli i go używali – sami o tym wspominali po wojnie, nie widząc w tym najmniejszego zgrzytu.

Dochodzimy do punktu krytycznego. W jaki sposób najprościej podeptać cudzą wolność, w jaki sposób zmusić go do oddawania hołdu bożkowi Narodu (bożkowi dość świeżej daty – nacjonalizmy to wynalazek XIX wieku), jak zakneblować historyków? Prawica Bogoojczyźniana wybrała metodę, która u Prawicy Wolnościowej nieodmiennie budzi mdłości: jest to kolaboracja z państwem, z biurokratycznymi strukturami administracyjnymi, z aparatem totalitarnej przemocy. Faszystowski art. 55 ustawy o IPN bardzo się bogoojczyźniakom podoba, jako że chroni „naród” przed „pomówieniem”. Wolnościowcy pukają się w czoło, bowiem „narodu” en masse nie sposób obrazić, ani nie sposób przypisać mu ogólnej, jednakowej właściwości; przykładowo wielkie kwantyfikatory „Polacy ratowali Żydów” i „Polacy nie ratowali Żydów” są jednakowo głupie. Jedni Polacy starszych braci w wierze ratowali, inni nie, z tego jednak dla zbioru określanego nieprecyzyjnie jako „naród” literalnie nic nie wynika! Bo i co ma wynikać dla członka narodu polskiego, pana Kowalskiego z Chicago, mieszkającego w USA od 1938 roku?

Tak więc Prawica Bogoojczyźniana staje się Prawicą Państwową z wszelkimi tego konsekwencjami. Socjalistyczna retoryka prezesa Kaczyńskiego przestaje być niestosowną serią lapsusów, staje się materią tkaną ustawami i rozporządzeniami. Interes państwa ulega scaleniu z histerycznie definiowanym interesem narodu, ku szkodzie wszystkich, którzy oddychają powietrzem atmosferycznym, a nie kurzem pokrywającym mniej lub bardziej eksponowane truchła z przeszłości. Prawica państwowa siłą rzeczy staje się socjalistyczną Lewicą, za listek figowy mając pasek bieli na czerwonych sztandarach.

W tym miejscu każdy porządny bogoojczyźniany prawicowiec zakrzyknie: „leseferyzm/korwinizm/libertarianizm to nihilistyczna pustka, pozbawianie Narodu utkanej z potu i krwi przeszłości, czyli eksterminacja tożsamości! Co pozostanie, jeśli zdemaskujesz jako kretyna Wysockiego, Kościuszkę jako nieudacznika militarnego czy lwów z Westerplatte jako ochlapusów i prostaków?”

Nie jest to nieprzytomne pytanie. Niestety stawiane jest w tonacji „albo-albo”, zupełnie jak parę lat temu fałszywa alternatywa „albo Mumia Europejska, albo Białoruś”, a to uniemożliwia rozsądną odpowiedź. Wolnościowiec nie jest przecież wrogiem tradycji, religii i obyczajów, z przyczyn chociażby utylitarnych (skoro religia towarzyszy ludzkości od stuleci, to nie może być zła). Jednak jednocześnie wolnościowiec nie widzi niczego wzniosłego w rabunku ludności cywilnej podatkami przez Ministerstwo Finansów im. Orła Białego czy dekretowaniu dziejów paragrafami kodeksu karnego ku chwale Rzeczpospolitej.

Cóż więc w zamian? Bogoojczyźniana Prawica nie powinna mieć problemów, wszak uważa, że do historii Polski ma prawa autorskie, przeto wskazanie godnych postumentów nowych idoli wydaje się być prostym wyzwaniem. Zresztą – to rzecz uboczna. Ważniejsze jest usuniecie z polityczno-ideologicznego instrumentarium państwa jako narzędzia uprawiania poletka ojczyźnianego, tym bardziej, że Naród bez państwa przetrwał. Państwo to właśnie narzędzie niewolenia, o czym entuzjaści narodu jako podmiotu wszechrzeczy zdają się zapominać…

Call of Duty 4 [Nowoczesna Wojna]

październik 30, 2008 | Siedem 8 Komentarze/y | Kategoria: Tech7, Technika

Ojoj. Tyle lat nie grałem. Wszystko poszło do przodu. W niespełna dwukilowym laptopie mieści się lepsza “grafika” niż w stacji “do grania”, która jeszcze rok temu była potworem prędkości. Dwa rdzenie po 2,4 Ghz też pewnie mają znaczenie… Call of Duty 4 chodzi płynnie dopiero na średnich ustawieniach. Mogę z tym jakoś żyć. Zabiłem z 200 wrogów i znudziłem się. Być może należy podnieść poziom trudności.


Tagi:

i [tutaj serduszko] Logitech

październik 30, 2008 | Siedem 2 Komentarze/y | Kategoria: Tech7, Technika

Ta Śwajcarska firma jest mi latarnią, otuchą i światełkiem w tunelu. Pisałem już o myszce z nadajnikiem nano. Z 2 tygodnie temu zakupiłem hub USB tej firmy. Mała pierdoła za stówę, 4 razy większa od kostki cukru a stabilnym działaniem i 4 diodami wprawia w świetny nastrój. Wyjebałem do śmietnika inne haby działające kiedy chcą albo kiedy zaklęty w nich Dżin ma dobry nastrój.

Dziś coś dla Pań. Kamerka o tak dobrej rozdzielczości, że przy laptopie można malować oczki. Miałem napisać “ślepia”, lecz nie chciałem być posądzony o to mizy -cośtam [w każdym razie, że się nie lubi kobiet]

TUTAJ MOŻNA OBEJRZEĆ <- kto dopuścił ten błąd do druku?

:)

Tagi:

Werner Wielki

październik 30, 2008 | Loulou 8 Komentarze/y | Kategoria: Kultura

Jest kilka sposobów selekcji materiału kinematograficznego. Można np. szukać tego, co ma najwięcej seedów na Mininovie, można przeglądać top10 na FilmWeb, można zaglądać do działu “Kultura” pewnego dziennika pachnącego specjałami kuchni lewantyńskiej. Wiele ciekawych obrazów można w ten sposób wychwycić, zgłębić rozterki lesbijki, molestowanej w dzieciństwie przez wujka, nauczyć się podkręcać kule z rewolwetu itp.

Są też sposoby alternatywne. Osobnicy przekorni mogą przyjąć kontr-kryteria, czyli powyższe lecz odwrotnie. Co prawda przyjdzie nam na wypożyczenie filmu czekać tydzień, a w ekstremalnych przypadkach miesiąc, za to mamy gwarancję, że dostaniemy coś, co motłoch omija szerokim łukiem. Już sama ta właściwość produktu stanowi jego zaletę, choć nie jest gwarancją jakości samą w sobie. Jednak szybciej znajdziemy perełkę na zakurzonej półce starej biblioteczki, niż na regale w supermarkecie, gdzie najcześciej znajdziemy gnój.

Po tym przydługim wstępie przejdzmy do konkretu, którym jest zapowiedź najnowszego filmu dokumentalnego Wernera Herzoga pt. Spotkania na krańcach świata, który właśnie wchodzi do kin. Piszący recenzję nadmienił czytelnikom, że mamy do czynienia z geniuszem, ale pozwolę sobie dopowiedzieć to i owo od siebie. Otóż Werner Herzog jest geniuszem kinematografu skończonym. Jego obrazy są acydziełami porównywalnymi z płótnami Tury, czy Grunewalda. Recenzent wymienia filmy dokumentalne, ale zwróćmy tu uwage na dwa filmy fabularne, które pozwalają zaliczyć Herzoga do panteonu gigantów kina i nie tylko, o czym poniżej.

Jeder für sich und Gott gegen alle” z 1974 jest opowieścią o chłopcu, który wychowawszy się  w zupełnej próżni, zachował dziecięcą prostotę spojrzenia na świat i na ludzkie zachowania. Jego umysł nie zaszedł wszechogarnijącym nas szlamem układów, układzików, zwyczajów, konwenansów, upodlenia i sterania. Widzimy “czystego” człowieka, kompletnie wyalienowanego z otaczającego świata. Widzimy dokładnie kontrast, przepaść, jaka dzieli bohatera od cywilizacji w sposobie myślenia i wartościowania. Obraz monumentalny, który orze serca i umysły.

Stroszek” z 1977 jest bratem bliźniakiem Kacpra Hausera z wyżej omiawianej fabuły. Różnią się tym, że Bruno nie jest przybyszem z kosmosu. Jest pijaczkiem zwolnionym z więzienia, zapatrzonym w rynsztokową kurewkę. Jest pospolitym “frajerem”, który zupełnie zapewne nie wie, że trzeba zdrowo się odżywiać, myć zęby rano i wieczorem, przestrzegać przepisów (to kurwa najważniejsze jest!) i być kulturalnym dla ludzi, bo może któryś z nich kiedyś będzie nam potrzebny. Ale Bruno ma serce tak jak i każdy inny, serce po lewej stronie, czuje radość, rozpacz, osamotnienie, miłość. Tak samo chciałby mieć swój kąt, gdzie zapominałby o otaczającym go ciężarze egzystencji. Film opowiada również o tym, że ludzie się nie zmieniają, zawsze wyjdzie z nich to samo. Arcydzieło, które orze serca i umysły w sposób nieco inny, bardziej “znajomy”, mniej fantastyczny niż w opowieści o Kacprze Hauserze.

Filmy dokumentalne omówił Rafał Świątek w przytaczanej recenzji. Są to obrazy zapierające dech w piersiach. Zdjęcia do nich, muzyka, narracja zniewalają wręcz swą prostotą piękna. Nie są to oklepane tematy z serii “Drapieżniki naszej planety”, każdy z nich opowiada historię niezwykłą, wyjątkową. Zacząć można od “The White Diamond” z 2004.

Werner Herzog pokazuje nam rzeczy takie właśnie jak te filmy, które trzeba ściągać miesiąc. Pokazuje nam rzeczy wygrzebane z najdalszych zakamarków ludzkiej świadomości. Dziwadła, irracjonalne postaci, zdawać by się mogło szaleńców, których większość umieściłaby w zakładzie psychiatrycznym. Oni są wśród nas, niezauważamy ich, nie stoją przy półce w supermarkecie, przeglądając magazyn Pipol. Werner Herzog, geniusz nie kinematografu lecz geniusz zagubionej duszy, finezyjnie nam to podaje pod rozwagę.

Ślub.

październik 28, 2008 | johndoe 17 Komentarze/y | Kategoria: Osobiste

Ostatnio byłem na ślubie/weselu, relację obiecałem, ale przeszedłem w stan wyższej świadomości po nieudanej próbie usunięcia zęba i nie byłem w stanie robić cokolwiek.
Kościół ma to do siebie, że zawsze jak tam jestem to moje myśli błądzą więcej niż normalnie. Wizyta w kościele przypomina mi trochę czasy, gdy jako szczyl z podstawówki odwiedzałem z rodzicami moją prababcię, nie bardzo się z nią bawić można bylo, pogadać też nie bardzo, więc trzeba się było zając samym sobą, ale tak żeby nikomu na około to nie przeszkadzało. Tak więc ostatnio na tej mszy zacząłem się zastanawiać jak to będzie jak już będziemy naprawdę w tej całej ełropie.

Czy na ślubie dwóch pedałów rodziny też będą patrzeć tymi zaplakanymi oczkami na dwóch dorodnych fryzjerów wyznających sobie miłość do grobowej deski? Jaka będzie procedura wyznaczania, kto jest w białej sukni, a może nie będzie już sukienek z welonem, bo to by pedałów stresowało (recesja na rynku ślubnym zapanuje?). Czy homofobem będzie ten kto nie pójdzie na ślub dwóch pedałów? Czy wścibskie stare babcie monitorujące na bieżąco wszystkie okoliczne śluby nadal będą przychodzić zajrzeć, kto to się chajta (mimo, że będą doskonale wiedzieć, że to ten Zenek z marszałkowskiej z Tomkiem z wiejskiej)? Jak będą wyglądać oczepiny pedalskie? Czy na pedalskim ślubie będą łapać welon/krawat kawalerowie, a na lesbijskim panny?

Jak tak się nad tym wszystkim zastanawiałem, to czas płynął szybciej, jak by ktoś przycisk przewijania wcisnął. Doszło w końcu do przysięgi i się okazało, że te całe moje myślenie już niedługo się spełni. Żałośnie wyglądało, gdy ludzie wierzący (a nie takie bezbożniki jak ja ja) stali, gdy państwo młodzi podpisywali papier, a siedzieli, gdy była przysięga. Czemu to ludziki z chóru musieli tłum machaniem łap zmuszać, żeby wstali w momencie wymiany obrączek? Idzie nowe, bo widać, że formalność ważniejsza, niż sacrum.

... free counters